52 obserwujących
811 notek
1019k odsłon
  555   0

Trzy dni nie z tego świata

Prowadzę od wielu lat pamiętnik opisując w nim różne zadrzenia ze swojego życia. To co poniżej, to wybrane z wielu moje przeżycia z pracy w szpitalu psychiatrycznym. Do napisania noteczki zainspirował mnie swoimi opowieściami "Żeglujący Wilk". 



Ma na imię Julian. Od dzisiaj będziemy pracować razem. Pracował wczesniej  jako zwykły salowy w szpitalu miejskim. To jego pierwsze spotkanie  z psychiatrykiem. Odpowiada mu jednak grafik  dyżurów. Julek ma bowiem gospodarkę pod Białymstokiem, a my robimy tutaj w trybie 24 na 48 wolnego. Przez dwa dni może więc coś tam u siebie w spokoju zaorać, zasiać i zebrać, o ile pogoda mu na to pozwoli. Pokazuję mu więc budynek i zaznajamiam z pacjentami.

"Górą masz Hawaje - mówię. Dołem jest natomiast Alcatraz." Dlaczego tak? - pyta Julian, który każe sobie mówić Yul, chyba dlatego że jest barczysty, łysy jak kolano i widział pewnie western "Siedmiu wspaniałych". 

- Dlatego  - odpowiadam, bo dołem mamy psychicznych, zrajbowanych gości, a górą przebywają wyłacznie niegroźni, niedoszli samobójcy oraz depresanci.  Yul tylko kiwa głową w odpowiedzi, że wszystko pojmuje, chociaż czuję przez skórę iż w istocie łże. Prowadzę go jednak dalej po zakamarkach szpitala, wskazując miejsca, które ma obowiązek sprzątać na swoim dyżurze oraz kuchenkę która jest również w kregu jego zainteresowań.

- Śniadanie i obiad nam dowożą - tłumaczę - ale po kolację trzeba się niestety samemu pofatygować małą arbą do głównego budynku - Pojdziemy tam razem, pokażę ci drogę, bo dzisiejszy dyżur będziemy pełnić razem- pocieszam Yula widząc zdziwienie w jego oczach, szczególnie na dźwięk słowa "arba".

W międzyczasie jest jednak akcja. Z pola widzenia pielęgniarek zniknął "Kong". Ktoś z odwiedzających nie domknął widać drzwi w holu i "Kong" bezszelstnie, niczym wąż wymknął się na zewnątrz. Teren duży, zakrzaczony, alejki. Przykra sprawa. "Kong" zwany też dla odmiany "Kingiem" to rosłe, blisko dwumetrowe  chłopisko o żelaznych rękach i stalowym uścisku. Jak się wkurzy  potrafi być cholernie niebezpieczny, a wkurza się prawie zawsze i to z byle powodu. No, a teraz nam zniknął. Szukamy  go więc z paniką wszyscy, począwszy od salowych, sprzątaczek a na pielęgniarkach i lekarzu dyżurującym kończąc. Wreszcie odnajdujemy zbiega. Nie wybrał się zbyt daleko. Po prostu, włazł do kontenera na śmieci w pobliżu kotłowni, o czym zawiadomił dyżurkę pielęgniarską telefonicznie palacz. Otaczamy tyralierą śmietnik, ze środka którego dochodzi nas wyraźne siorbanie i mlaskanie. "Kong! Wyłaź do cholery". Nie odpowiada, a nie odpowiada, bo mu się nie chce odpowiadać. Boimy się jednak bardzo, że zje jakieś świństwo i będzie z nim przewrotka, bo zapakowanie tego faceta do karetki to jak ubranie tyranozaura w pajacyka. Nie pomagają prośby i groźby, ale też i nikt nie ma zamiaru włazić do kontenera, aby zbiega z niego siłą wyciągnąć. Stawiamy więc  na straży Krzysia i wracamy do swoich obowiązków. Krzyś, który jest niewiele mniejszy od "Konga" powinien sobie z nim od biedy poradzić, chociaż nigdy nic nie wiadomo. Krzyś z racji swojej siły i misiowatości nazywany jest przez nas  dobrotliwie  "Puchatkiem" twierdzi  ze spokojem, że sobie jakby co z panem "Gorrilą"  poradzi, mimo że Kong będąc wściekłym potrafi wiele. Np. przewrócił swego czasu na parkingu  wewnętrznym w ramach odwiedziń fiacika 126  swojej matki. Ot, tak, po prostu. Złapał za podwozie i  przewrócił autko na bok niczym dziecięcy wózek. 

W międzyczasie przywożą obiad. Wydajemy go razem z Yulem. Pokazuję mu listę osób będących na diecie, głównie cukrzyków, dla których są przyszykowane oddzielne porcje. Posiłek wydajemy przez okienko podobne do okienka w banku. Klientela wyrywa sobie oczywiście talerze z rąk. Niektórzy zalewają się chciwie  zupą. Jedzenie znika w błyskawicznym tempie. Kto jest zbyt wolnym w przełykaniu niech się liczy  z faktem, że inni spróbują mu zjeść jego przydział. Tymczasem do sali wkracza niespodziewanie  "Kong". Wylazł ze śmietnika, bo usłyszał odglosy okołoobiadowe. Krzyś przezornie szedł za nim, ale "Kong" nie zwracał na niego uwagi, bo jak "Kong" jest niedopasiony to staje się groźny wyłącznie  dla potraw  i kucharzy. Na stołowce wre, jedni kończą już jeść, a ci którzy już zjedli próbują w jakiś sposób coś uszczknąć dla siebie z talerza sąsiada. Obserwujemy salkę z Yulem przez okienko, bo czuć wyraźnie pod sufitem  zadymę. "Kong" podchodzi tymczasem do  "Wiatraka". "Wiatrak" to żylasty, zamknięty w sobie osobnik, który ustawicznie nie wiedzieć czemu  macha od czasu do czasu albo ręką albo nogą. Zazdrośnie broni też swojego talerza przed czyhającymi na jego zawartość pozostałymi uczestnikami obiadu, ale nad głową ma już "Konga". Jeszcze go nie widzi, ale zapewne dostrzega to, co wpada mu z góry do talerza z ust "Konga" - obrzydliwa flegma. "Kong" po splunięciu, dodatkowo miesza palcem  flegmę w talerzu "Wiatraka". Dla "Wiatraka" powinien być to wyraźny sygnał, żeby spieprzał gdzie może, ale "Wiatrak" to też nie ułomek. Poderwał się więc nagle z krzesła i bez zbytniego przygotowania, błyskawicznie wymierzył "Kongowi" centralnie  pomiędzy oczy potworny cios. Zwykłemu zjadaczowi chleba takie uderzenie urwałoby na miejscu  profilaktycznie głowę. Tymczasem  głowa "Konga" tylko na sekundę jakby odskoczyła od szyi, ale tylko na ułamek chwili, bo zaraz po tym "Wiatrak", wygięty w pałąk, machając bezradnie rękoma i nogami  niczym komtur Danveld zakreślił w powietrzu krótki łuk, rozwalając własnym sobą sąsiedni stolik wraz z kompanią, która przy nim jadła. "Kong" pokrecił tylko masywnym karkiem i nie zwracając już większej uwagi na wrzaski pokrzywdzonych zaczął w spokoju spożywać doprawioną przez siebie zupę "Wiatraka". To wystarczyło aby zaaplikowac mu złoty strzał Morfeusza. Oblegliśmy go niczym mrówki słonia. Udało się.

Obiad wyraźnie dobiegł końca trzeba było posprzątać. Po godzinie od starcia obaj panowie całkiem  grzeczni, w obowiązkowych kaftankach, dodatkowo zabezpieczeni środkami perswazji leżeli już grzecznie przywiązani pasami w swoich łożkach oglądani przez lekarza; Aż dziw bierze, że żaden z nich nie specjalnie ucierpiał. Dzień się kończył. Niestety, z końcem dnia na arenę wychodzili jednak ci, którzy zamienili dzień z nocą, między innymi ponury  "Koktajl",  który mówił o sobie, że jest ostatnim wcieleniem Chrystusa na ziemi. Ten matkobójca i smakosz dziwnych napojów (stąd ksywa "Koktajl"), na które składały się podkradane przez niego środki do mycia zlewów i toalet, także niedopałki papierosów, nie pozwalał nocą dyżurującym zmrużyć na moment oka, za sprawą swoich sadystycznych skłonności wobec pozostałych pacjentów  "Alcatraz", w tym również odwiedzających, ale o tym innym razem.

Lubię to! Skomentuj15 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości