94 obserwujących
1525 notek
3020k odsłon
15048 odsłon

Inż. Krzysztof Cierpisz: Podniesienie głosu wymaga męskości

Wykop Skomentuj486

 

Pierwsza część wywiadu z inż. Krzysztofem Cierpiszem, znanym blogerem zajmującym się tragedią smoleńską

 

Zygmunt Białas:  Każdy z nas ma określoną wiedzę i jakieś wyobrażenie o przyczynach i okolicznościach tragedii smoleńskiej. Pan konsekwentnie od samego początku przedstawia własną wersję. Tak więc twierdzi Pan, iż członkowie delegacji nie mogli zginąć 10 kwietnia 2010r. w katastrofie lotniczej na Siewiernym podczas próby lądowania samolotu. Jakie zasadnicze argumenty może Pan przedstawić, by uzasadnić swoją tezę?

Krzysztof Cierpisz:
   Laudetur Jesus Christus!

1.Brak warunków technicznych na lot, próbę lądowania i rozbicie się wskutek tego lądowania lub ewentualnego sabotażu. Przedstawione informacje medialne, a potem raport Anodiny, są dowodem na to, że była to inscenizacja. To Anodina ma papiery i to ona jest szefem kłamstwa, które opinia publiczna uznała za prawdę. Anodina postawiła nawet kropkę nad „i”, nie podała zapisu lotu od miejsca uderzenia lewym skrzydłem w brzozę do upadku samolotu na ziemię. Czyli nie ma zapisu od miejsca, w którym faktycznie zaczęła się "katastrofa". Nie ma więc dowodu. Jednym daje Anodina coś do przemyślenia, a z tych drugich – mądrzejszych - kpi.
2. Brak dowodów na odlot i przelot tupolewa. Brak dowodów na wejście delegacji na pokład. Dojazd delegatów do lotniska pozostaje też bez dowodów lub jest czasowo niemożliwy. Brakuje dowodów na cokolwiek poza rozpoznanymi kłamstwami w wywiadach TV Trwam oraz "Naszego Dziennika" oraz różnych durnych filmów typu "Mgła" czy podobnych.
Lista pasażerów samolotu jest wydarzeniem retroaktywnym , bo skoro nie wiedziano, jakim samolotem się poleci, to jak można było planować listę pasażerów, której wielkości nie można było ustalić? "Wsie pagibli" (132 osoby w Smoleńsku) według pani speakerki. Informację tę podała 30 minut po katastrofie, co jest też swoistą prawdą i tę szczerość trzeba umieć docenić.

ZB: A co stało się z prezydentem Lechem Kaczyńskim i pozostałymi delegatami udając się na uroczystości w Katyniu? Wydarzenia, które mogły zajść, opisuje Pan w swych tekstach począwszy od dnia poprzedniego, 9 kwietnia.

KC
:  Z tego co wiem, to w Wilnie nie ma protokołów pożegnania Lecha Kaczynskiego przy opuszczaniu granic państwa litewskiego, co jest obowiązkową procedurą dyplomatyczną. Dokumentacja taka jest zwyczajowo jawna i spoczywa w archiwach państwowych. Jeżeli jej nie można znaleźć, to znaczy, że nie nastąpiła sytuacja, która sporządzenie takiego dokumentu by wymagała.
Tak załoga, jak i delegaci byli wyłapywani już na długo przed sobotą lub też znajdowali się pod jakąś formą opieki, taką, która uniemożliwiała jakiś manewr (np. wycofanie się z planów). Myślę też, że oficerom podawano dyskretnie środki psychotropowe, co miało za zadanie uniemożliwienie im krytycznego podejścia do ewentualnych zagrożeń, które w innym przypadku musieliby zauważyć już parę dni przed 10 kwietnia.
Nie wierzę w to, że uciekli oni na Hawaje. Są to plotki szerzone za pomocą agentury, która dąży do „rozmycia”, rozładownia atmosfery powagi czy grozy. Ale nie znaczy to, że zdjęcie trupa bez nóg i ręki, lezącego na prosektoryjnym wózku, musiało koniecznie przedstawiać Kaczyńskiego. Twarz tamtego trupa była odwrócona w kierunku ściany. Mogły to więc być zwłoki innej osoby.
Sam zamach na Polskę został zaplanowany jako zamach na samolot właśnie rządowy. Zaplanowano to już wtedy, gdy zdecydowano się na dalszą eksploatację samolotu Tu-154M jako samolotu rządowego, podczas gdy inne jednostki tego modelu w Polsce zezłomowano lub sprzedano. Czyli były to chyba lata 1995-98 lub nieco wcześniej czy później.
Osąd ten wynika z faktu, że TU-154M stał się samolotem źle zunifikowanym. Chodzi mi tu o części zamienne, personel techniczny i o personel latający. To wszystko musiało już być specjalne, czyli bardzo drogie, bardzo złe i bardzo trudne w eksploatacji. Zaplecze techniczne na lotniskach poza Polską było bardzo problematyczne lub niemożliwe. Dodajmy do tego nieszczególne warunki lotne (eksploatacyjne) samolotu:
---  mało komfortowe dla pasażerów,
---  niski zasięg lotu (dystans operacyjny),
---  wysoki koszt eksploatacji
---  i chyba brak zezwoleń na korzystanie ze wszystkich lotnisk (ale nie jestem tego pewien). To nie miało żadnego sensu.
Warunki pilotażowe tupolewa (trzy silniki z tyłu, ujemny wznios skrzydła) pozostawały daleko w tyle za współczesnymi wymogami  technicznymi samolotów pasażerskich . Dodajmy jeszcze fatalne warunki korkociągowe. Zresztą nawet bez tego jest Tu-154 tak sterowny jak Volkswagen Garbus (silnik z tyłu) na oblodzonym zakręcie i łysych oponach.
Każdy oficer LWP miał wbite w głowę to, że Układ Warszawski ma dużo lepszy wskaźnik unifikacji sprzętu niż np. NATO, co było zaletą bojowo-operacyjną. I dlatego nie wyobrażam sobie oficera w wieku lat 50-60, który nie zadumałby się nad tym kuriozum, jakim były te dwa techniczno-systemowe dinozaury. Jeżeli jakiś oficer nie zwrócił na to uwagi przed katastrofą, to niewątpliwie pomyślał o tym po katastrofie i musiał zrozumieć, że tupolewy były narzędziem do przewrotu w państwie.
Można zatem ograniczyć środowisko osób, które tę pułapkę przygotowały lub na nią przyzwoliły. Tu z pewnością należą do tego grona byli premierzy i byli ministrowie obrony.  Rozumiano, że „katastrofa”, dobrze pomyślana, musi być poza Polską i na sowieckim sprzęcie, gdzie Rosja będzie ekspertem technicznym wraku.

Wykop Skomentuj486
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale