Czy Antypis to apokaliptyczna sekta?

Demonstracja przeciwników PiS, czyli KOD. fot. Wikipedia
Demonstracja przeciwników PiS, czyli KOD. fot. Wikipedia
Nikt nie zrobił w ostatnich latach więcej złego dla polskiej demokracji niż… samozwańczy obrońcy naszej demokracji.

Historia świata pełna jest apokaliptyczny sekt. Jednym (sekta Moona albo Kościół Dzieci Boga) nie udało się nigdy wyjść poza niszę. Inne jednak (chrześcijanie Jezusa z Nazaretu, purytanie Cromwella, bolszewicy Lenina) rozrosły się i zdołały osiągnąć niemałe sukcesy. Ostatnio my też mamy swoją własną apokaliptyczną sektę. Jej imię to antyPiS. Świątyniami są takie media jak TVN, Gazeta Wyborcza, Onet czy OkoPress. I tylko między prorokami trwa na razie ostra rywalizacja o pozycję pierwszego lub pierwszej.

Oczywiście i w szeregach naszych millenarystów (tak też zwykło się nazywać apokaliptyczne ruchy) polega tylko na tym, że jedni z nich twierdzą, iż „koniec już nastąpił”. I tak na przykład „Newsweek” (dobrze oddający i napędzający tego typu nastroje) już jesienią 2015 roku wydrukował na okładce stosowny nekrolog opłakujący demokratyczną III RP. Inni są jednak bardziej łaskawi. A może bardziej świadomi tego, że jak się mówi swoim wyznawcom wyznaczy konkretną datę apokalipsy i ta apokalipsa nie nadejdzie, to co bardziej rozsądni mogą zacząć powątpiewać w kompetencje swoich duchowych przywódców. Dużo sprytniej jest więc przyjąć perspektywę uciekającego horyzontu. Powiedzieć, że demokracja JUŻ ZARAZ niechybnie się skończy. Jak tylko PiS zrobi to, albo tamto. A potem jeszcze to. I może jeszcze tamto. No, ale wtedy to już na pewno..

Czytaj też:

Nie śmiejcie się jednak. Ani nie oburzajcie. Taka strategia jest bardzo skuteczna. Pozwala stale mobilizować ludzi do pożądanego stanu publicystycznego i politycznego wzmożenia. „Czuwajcie, bo nie znacie dnia ani godziny, w której Syn Człowieczy przyjdzie” – powiada nam już sama Ewangelia św. Mateusza. A nasi samozwańczy obrońcy demokracji stosują tę samą zagrywkę wobec swoich wiernych. Bo patrząc na politykę na zimno – jako na realną walkę o władzę i zabezpieczenie swoich (osobistych, towarzyskich i klasowych) interesów – takie przeistoczenie się antyPiSu z demokratycznego ruchu politycznego w ramach pluralistycznego spektrum opinii w apokaliptyczną sektę jest przecież bardzo sensowną strategią. Sensowną rzecz jasna dla nich samych. Pozwala bowiem jednoczyć siły czy dyscyplinować swoje szeregi. A w razie braku posłuchu i prób buntu eliminować inaczej myślących (oj wiem coś na ten temat!).

Kłopot polega jednak na tym, że gdy ruch polityczny przeistacza się w sektę to są też nieładne efekty uboczne. W tym wypadku taką cenę za mesjanistyczno-apokaliptyczny zwrot antyPiSu jest zawłaszczanie przez nich hasła demokracja. Co dla naszej demokracji będzie (i już jest) faktycznie niszczące.

Bo było tak: Przywódcy antypisowskiej sekty od początku powiedzieli, że to oni bronią demokracji. W związku z tym wszyscy ci, którzy są przeciw nim, automatycznie zaliczają się do grona wrogów demokracji. Wielu dało się złapać na ten szantaż. Jego sukces był możliwy dzięki temu, że demokracja jest w Polsce wciąż ideą bardzo popularną i dobrze kojarzoną (pokazują to wszelkie dane). Dlatego wielu ludzi po prostu nie miało ochoty, by antyPiS wytykał ich palcami. Dla świętego spokoju (bardziej niż z przekonania) kupili więc słabo ugruntowaną tezę, że PiS to tejże demokracji destruktorzy. A potem już padli ofiarą grupowego samoutwierdzenia. W takiej sytuacji antyPiSowi bardzo łatwo jest kontynuować plan. czyli rysowanie przed ludźmi rzekomego wyboru. Albo demokracja liberalna (czyli taka jaka nam pasuje) albo straszliwy autorytaryzm, faszyzm, putinizm i co tam jeszcze. Trzeciej drogi nie ma.

Takie postawienie sprawy to – obiektywnie rzecz biorąc – wyrządzenie wielkiej krzywdy samej polskiej demokracji. A to dlatego, że ten stosowany na potęgę i już bez żadnych osłonek szantaż antyPiSu nie bierze się pod uwagę całej krytyki demokracji liberalnej, która miała miejsce w ostatnich 20-30 latach. I w Polsce i na świecie. Krytykę tę przedstawiało wielu autorów, wiele ruchów politycznych. I to nie żadnych autorytarnych proroków, którzy mówią, że trzeba demokrację za mordę wziąć, bo to mrzonka. Przeciwnie. Cała ta krytyka demokracji liberalnej (czyli właśnie tej, co ją antyPiS przedstawia jako JEDYNĄ alternatywę wobec rzekomego widma autorytaryzmu) polegała właśnie na tym, że to ta demokracja liberalna przeistoczyła się w realną dyktaturę. System, w którym pod płaszczykiem demokratycznych procedur i obywatelskich wolności doszło do przejęcia faktyczną władzę przez kapitalistyczną plutokrację (władzę pieniądza) wspieraną przez wynajmowanych na kadencję lub dwie aktorów (zwanych politykami) oraz niezainteresowane realną zmianą liberalne elity. A reszta? Reszta musiała się podporządkować. Wybory zaś przestały mieć znaczenie. Bo gdyby miały to – jak powiadała kiedyś anarchistka Emma Goldman - pewnie by ich już dawno zabronili.

Lubię to! Skomentuj62 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka