Trzeba nam lewicowego eurosceptycyzmu

Konferencja prasowa Jakiego "Saldo transferów finansowych między Unią Europejską a Polską". fot. screen TVP
Konferencja prasowa Jakiego "Saldo transferów finansowych między Unią Europejską a Polską". fot. screen TVP
Utarło się przekonanie, że krytyka eurointegracji musi być - co do zasady - prawicowa. A przecież to nieprawda. Dopiero z lewicowej perspektywy widać najbrzydsze strony potwora, w jakiego zmieniły się w ostatnich latach piękne idee Schumana i Moneta.

Ale na początek - proszę państwa - duże brawa. Brawa dla profesorów Tomasza Grzegorza Grossego i Zbigniewa Krysiaka za to, że napisali raport na temat „Salda transferów finansowych między Polską a Unią Europejską”. Nie to żebym się z nimi we wszystkim zgadzał. Ale warto ich docenić za dwie rzeczy.


Reakcje na raport Jakiego ws. Unii Europejskiej

Po pierwsze za… odwagę. Każdy, kto choćby troszeczkę orientuje się jak funkcjonuje polski światek medialny i naukowy wie, że hasła o wolnej myśli fruwającej w nim dumnie oraz wysoko to zwykła bajka dla grzecznych dzieci. W realu jest jednak zupełnie inaczej. Wszyscy budujący swe kariery naukowe czy publicystyczne w warunkach III RP dobrze wiedzą gdzie były (a często są nadal) miny oraz tematy tabu. W lot łapią, co wolno badać i krytykować. A czego badanie i krytyka (w najlepszym razie) nie przyniosą splendoru. A w przypadku gorszym mogą skończyć się scancedlowaniem śmiałka. I tak się składa, że akurat temat Unii Europejskiej jest przykładem takiego tabu. Jak ktoś mówił, że wspólnota jest super i to oczywiste, że wszyscy na niej wygrywają to sam też był super. Ale jak zwracał uwagę na problemy, to prędko lądował w „rezerwacie oszołomstwa”. Jako komentator Radia Maryja albo innych mediów łatwych do zdyskredytowania przez mainstream. Po roku 2015 ten układ się - jak wiemy - trochę rozszczelnił. Establiszment się jednak broni. I to mocno. Może nawet bardziej niż wcześniej, bo w poczuciu walki z demonami „polexitu, nacjonalizmu, faszyzmu” i Bóg wie czego tam jeszcze.

Taką obroną była najnowsza reakcja na wspomniany raport. Reakcja - powiedzmy to głośno - histeryczna. Jeden tylko ekonomista Ignacy Morawski napisał na łamach Pulsu Biznesu merytoryczną polemikę. Wskazując gdzie - jego zdaniem - są błędy w rozumowaniu Grossego i Krysiaka. Ale przeczytajcie sobie cały tekst Morawskiego. A potem zobaczcie - jak jest relacjonowany. I jak jego wątpliwości zmieniają się w przesłanie, że „zaorał”, „wytknął” i „pokazał nieuctwo”. Oczywiście nic takiego nie miało tu miejsca. To, co wydarzyło się w ostatnich dniach to było normalna i zdrowa debata. Było tak: Grosse i Krysiak powiedzieli A. Morawski wskazał, że jego zdaniem B. Krysiak odpowiedział, że C. I tak właśnie powinna wyglądać zdrowa debata. Zwłaszcza na tak ważny temat jak funkcjonowanie Unii Europejskiej i nasze w niej członkostwo. Musimy - powtarzam MUSIMY - odchodzić od przekonania, że Unia jest dobra i fajna. A dlaczego? Bo wszyscy wiedzą, że jest dobra i fajna. A 2x2 = 4. Koniec kropka. A każdego kto myśli inaczej wykluczymy z debaty, jak się nie opamięta. Tak to już nie działa. I chwała Bogu, że nie działa. I to jest drugi powód do pochwały dla Krysiaka i Grossego. Bo dzięki takim głosom jak ten ich ta potrzebna nam debata dopiero się zaczyna.

Brakuje sensownej krytyki Unii 

A iść powinna szeroko. Bo bardzo nam sensownej krytyki Unii brakuje. Świat nam bowiem odjechał. Na przykład od dawna mamy na Zachodzie do czynienia z bardzo silną lewicową krytyką Unii. Napisano na ten temat multum prac i książek. A każdy, kto choćby słyszał o takich autorach jak Janis Warufakis , Ashoka Moody, Kostas Lapavitsas czy Thomas Fazi  dobrze wie, o czym mówię. A dla tych, co nie wiedzą, krótkie resumee na czterech najważniejszych przykładach

Po pierwsze, to mit, że Unia jest tym miejscem, gdzie współczesny kapitalizm jest i tak najbardziej prospołeczny i najmniej neoliberalny. W przeciwieństwie do „strasznych Anglosasów” czy „jeszcze gorszych Azjatów z Chin albo Japonii”. To całkiem, jak z patrzeniem na gwiazdy. One już od dawna nie wyglądają tak, jak nam się wydaje. Bo to, co nam się wydaje to już… przeszłość. Bo owszem: Niemcy, Francja albo Skandynawia miały swoje czasy „kapitalizmu z ludzką twarzą” i swoje pomysły na państwo dobrobytu oraz społeczną gospodarkę rynkową. Ale tego już nie ma. Zostały ostańce. Kryją się w cieniu szklanych wieżowców neoliberalizmu. Pobudowanych tam od lat 80. i 90. Czyli właśnie od czasu, gdy eurointegracji przyspieszyła a pierwotny pomysł Europy ojczyzn zaczął iść w kierunku Stanów Zjednoczonych Europy oraz unijnego superpaństwa. I nawet jeśli tam finalnie nie doszedł (dziś Unia jest czymś pomiędzy) to i tak kapitalizm z ludzką twarzą diabli wzięli. Chętnych do poczytania, jak to wyglądało w szczegółach odsyłam do opisanych gdzie indziej w detalu przykładów Szwecji albo Niemiec.

Tu raczej o mechanizmach, które posłużyły do stworzenia z dawnej Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej (która miała być miejscem ułatwionego przepływu ludzi, towarów i usług) dzisiejszej Unii Europejskiej będącej cichym i niechwalącym się tym faktem prymusem neoliberalnego ładu. Najważniejszym spośród tych mechanizmów jest bez wątpienia dogmat o tym, że zadłużenie publiczne jest śmiertelnym grzechem. Ten zakaz wyższego niż 60 proc PKB długu publicznego oraz deficytu przekraczającego 3 proc. PKB miał być kagańcem nałożonym na demokratycznych polityków. Miał on uniemożliwić im - powiadano - „życie ponad stan” i „kosztem przyszłych pokoleń”.

Lubię to! Skomentuj69 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka