Polska fiskalizuje inflację. I bardzo dobrze

Rząd próbuje przerzucić część wzrostu cen z budżetów domowych na budżet państwa. To dużo lepsze rozwiązanie niż dławienie płac i wzrostu gospodarczego, czego w imię walki z inflacją domagają się liberałowie. Na szczęście nie jesteśmy sami. Tą drogą idzie coraz więcej krajów Europy.

W sumie to mamy dużo szczęścia. Bo wyobraźmy sobie, że wyzwanie inflacyjne przychodzi nie w roku 2021. Lecz - powiedzmy - dwie dekady wcześniej. Gdy w parlamentach, pałacach prezydenckich, mediach i elitach akademickich niepodzielnie panują zwolennicy wolnorynkowych rozwiązań. Takich, co głoszą, że „kryzys musi się wyszumieć”, a każda interwencja państwa w gospodarkę jest gorsza od braku takiej interwencji. Reszta społeczeństwa musi to zaś przyjmować jako pewnik. Bo przecież - jak to się jeszcze niedawno zwykło kończyć każdą dyskusję ekonomiczną - „nie ma żadnej alternatywy”.

Czytaj też inne teksty Rafała Wosia:

Co by było, gdyby inflacja przyszła w innym czasie?

Niemożliwe? A niby dlaczego? Przecież covid-19 spokojnie mógł pojawić się w nie w roku 2019 tylko 1999 i być covidem-99. Gwarantuję, że tak samo zatkałby globalne łańcuchy dostaw i podniósł ceny wielu strategicznych komponentów produkcji. A gdyby jeszcze do tego przyspieszenie zielonej transformacji (i związany z nim szok cenowy na rynku cen energii i gazu) przyszło wcześniej? Przecież to też najzupełniej możliwe. Albo odwrotnie. Niechby covid i ekologiczne wzmożenie Zachodu płynęło sobie utartym rytmem. Ale jednocześnie wyobraźmy sobie, że po drodze nie było kryzysu 2008 roku. I w efekcie we wszystkich europejskich stolicach od Madrytu po Berlin i od Budapesztu pod Warszawę wciąż rządzą niepodzielnie zawołani liberałowie. Co by zrobili, gdyby napotkali na swojej drodze inflację rzędu siedmiu, ośmiu albo dziewięciu procent??

Powiem wam, co by zrobili. Nietrudno z resztą zgadnąć. Nawet słuchając tego, co mówią dziś. Przede wszystkim mielibyśmy natychmiast mocne podwyżki stóp procentowych. I to nie takie, jak u nas, gdzie obecna RPP opierała się i grała na zwłokę jak długo tylko mogła, by nie podcinać wzrostu gospodarczego. Gdyby to zależało od liberałów, to cena pieniądza w gospodarce poszłaby w górę ostro i bez większego oglądania się na konsekwencje. Efekt byłby taki, że inflacja zostałaby pewnie zduszona. Ale straszliwym kosztem. Byłby nim tradycyjny liberalny koktajl Mołotowa. To znaczy mieszkanka wyhamowania wzrostu, wygnania tysięcy mniej zasobnych w kapitał przedsiębiorców na kredytową pustynię, dopuszczenia wyższego bezrobocia i zastopowania (nareszcie po latach stagnacji rosnących) płac.

Na tym tle rok 2022 wygląda jednak zupełnie inaczej. Dlaczego? Bo jednak mieliśmy doświadczenie kryzysu 2008 roku. Oraz przynajmniej częściowy sukces wielu politycznych ugrupowań określanych jeszcze niedawno przez liberalny mainstream jako „populistyczne”. Ci przeróżni populiści bardzo się między sobą różnią. Ale łączy ich to, że starają się prowadzić trochę inną politykę gospodarczą od swoich poprzedników. Nie ma sensu spierać się, czy robią to ze szczerego przekonania czy z wyrachowanej kalkulacji. To bez znaczenia. Fakt jest taki, że większość europejskich rządów - albo otwarcie oskarżanych o populizm, albo takich, które się pod naporem populistów ciągle znajdują - próbują sobie z inflacją poradzić bez sięgania po zabójczy dla społeczeństwa miks liberalnych rozwiązań. I na tym właśnie nasze szczęście - w tym całym pandemicznym nieszczęściu - polega.

Fiskalizaca inflacji

Zatrzymajmy się przez chwilę i spróbujmy tę nieortodoksyjną i nieliberalną politykę opisać. Zwłaszcza, że prowadzi ją nie tylko nasz polski rząd. W nowym raporcie analitycy banku Pekao przypominają, że w bardzo podobnym kierunku idzie większość krajów Europy.

Mówiąc w największym skrócie ta odpowiedź polega na tzw. fiskalizacji inflacji. Czyli (mówiąc po ludzku) właśnie na tym, że władza walczy nie tyle z samym wzrostem cen. Co raczej stara się - przy pomocy dostępnych sobie narzędzi - zmierzyć się z tego zjawiska negatywnymi skutkami odczuwanymi przez ludzi. Wedle zasady, że duży może więcej. I że lepiej, by wyższe ceny dźwignął budżet państwa. Niż gdyby miały one zostać przerzucone wyłącznie na budżety domowe poszczególnych obywateli.

Jak to robić?

Najczęstszym rozwiązaniem są dodatki osłonowe dla najmniej zamożnych ludzi. Po takie rozwiązanie sięgnęło - jak dotąd - kilkanaście krajów Europy. W zasadzie z dwoma - bardzo ciekawymi - wyjątkami Niemiec i Wielkiej Brytanii. O nich jednak za chwilę. W Polsce takim dodatkiem osłonowym była tzw. pierwsza tarcza antyinflacyjna. Wysokość tego dodatku waha się od 400 do 1150 zł rocznie - w zależności od poziomu dochodów gospodarstw domowych. Kryteria dochodowe są tak ustawione, że może się o nią ubiegać ok. 6 mln gospodarstw domowych w Polsce. Oczywiście zawsze można sobie wyobrazić rozwiązania bardziej hojne. Ale i tak - w skali Europy - nie są one niskie.

Lubię to! Skomentuj103 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka