Poparł odwołanie rządu Olszewskiego. Dziś ocenia tamten gabinet i głosowanie sprzed 30 lat

Pomnik Jana Olszewskiego. Fot. PAP/Mateusz Marek
Pomnik Jana Olszewskiego. Fot. PAP/Mateusz Marek
Przyznam, że gdy Olszewski wtedy mocno stawiał postulat przystąpienia do NATO, ja byłem dużo ostrożniejszy. Wychodziłem z założenia, że wojna nie grozi. I wierzyłem wtedy w demokratyczne przemiany w Rosji. Czas to brutalnie zweryfikował. Przyznaję, że się myliłem. A biorąc pod uwagę obecną agresywną politykę Rosji, należy Olszewskiemu przyznać całkowitą rację – mówi Salonowi 24 prof. Ryszard Bugaj, ekonomista, Polska Akademia Nauk, twórca i pierwszy przewodniczący Unii Pracy.

4 czerwca to czas rocznic. Wyborów do Sejmu Kontraktowego w 1989 roku oraz odwołania rządu Jana Olszewskiego w 1992. Zacznijmy od tej drugiej daty. Pierwszy rząd powołany przez demokratycznie wybrany Sejm, pierwszy, który zaczął starania o wejście do NATO, został odwołany w dramatycznych okolicznościach. W nocy, przez egzotyczną koalicję. Pan zasiadał wówczas w Sejmie. Jak z perspektywy czasu ocenia Pan tamten rząd i jego odwołanie?

Ryszard Bugaj: Z mieszanymi uczuciami. Głosowałem za odwołaniem tamtego gabinetu. Nie ze względu na lustrację, ale politykę ekonomiczną Andrzeja Olechowskiego, z którą się nie zgadzałem. Jednocześnie my jako małe koło Solidarności Pracy poparliśmy wcześniej powołanie tamtego rządu. I gotowi byliśmy gabinet tamten wspierać. Szczególnie, gdy Jan Olszewski powiedział – co wywołało oburzenie środowisk liberalnych – że „ręka aferzysty okazała się ręką liberała”.

Przeczytaj też:

Kaczyński ogłosił mobilizację PiS. Tusk komentuje

To dlaczego głosował Pan za odwołaniem rządu?

Rząd okazał się niezborny. Zarówno pod względem polityki kadrowej, jak i realizowanego programu. przy czym ja zgadzałem się z pewnym radykalizmem, pryncypialnością, który tamten gabinet prezentował. Ale dużo ważniejsze były dla nas kwestie społeczne. A tu Jan Olszewski z jednej strony twardo krytykował neoliberalne działania Balcerowicza, z drugiej w rządzie miał Andrzeja Olechowskiego, liberała zapiętego na ostatni guzik.

Jan Olszewski i w trakcie gdy kierował rządem i po jego upadku należał do najostrzejszych krytyków Balcerowicza. Jak to się stało, że w rządzie Olszewskiego znalazł się ortodoksyjny liberał Andrzej Olechowski i to jako minister finansów?

Podejrzewam, że z łapanki. A Olechowski po prostu dał się złapać. Poza tym w rządzie był Antek Macierewicz, którego ja poznałem – tu ciekawostka – podczas demonstracji pod ambasadą amerykańską. Protest był antyamerykański. Antek, o czym mało kto dziś pamięta, zaczynał jako lewak. Natomiast krytyczne zdanie o posunięciach i polityce kadrowej tego rządu nie zmienia faktu, że wokół jego odwołania toczyła się pewna gra. Bardzo nie lubię Jacka Kurskiego i jego działalności. Ale akurat film „Lewy czerwcowy” był demaskatorski. Ja nie wiedziałem o tych zakulisowych działaniach.

Rząd Jana Olszewskiego był tym, który zaczął starania o wejście Polski do NATO. Jak wspomina Pan tamte dyskusje na temat integracji z Zachodem?

Przynajmniej oficjalnie był pierwszym rządem, który o przystąpienie do NATO rozpoczął starania. Tadeusz Mazowiecki był tu znacznie ostrożniejszy. Wynikało to z ówczesnych starań o uznanie nienaruszalności naszej granicy zachodniej. Przyznam, że gdy Olszewski wtedy mocno stawiał postulat przystąpienia do NATO, ja byłem dużo ostrożniejszy. Wychodziłem z założenia, że wojna nie grozi. I wierzyłem wtedy w demokratyczne przemiany w Rosji. Czas to brutalnie zweryfikował. Przyznaję, że się myliłem. A biorąc pod uwagę obecną agresywną politykę Rosji, należy Olszewskiemu przyznać całkowitą rację.

4 czerwca to także rocznica wydarzenia, które miało miejsce trzy lata przed odwołaniem rządu Jana Olszewskiego, czyli wyborów z 4 czerwca 1989 roku. To wydarzenie „skończyło komunizm”, czy przeciwnie, zakonserwowało stare układy i wydłużyło proces zmian ustrojowych?

Konkurują tu dwa powiedzenia – „prawda leży po środku” oraz „prawda leży tam gdzie leży, a czasami na skraju”. W tym wypadku wydaje się, że ta prawda faktycznie leży bliżej środka. Przypomnę, że założenie przy okrągłym stole było takie, że sejm kontraktowy działać będzie przez pełną kadencję. Że dopiero po czterech latach odbędą się w pełni wolne wybory. Ostatecznie Sejm działał znacznie krócej, te przemiany polityczne nastąpiły bardzo szybko. Podobnie jak przemiany gospodarcze.

Pan już wtedy należał do krytyków programu Balcerowicza i jego reform?

Wydawało się, że będzie to proces rozłożony w czasie. I moim zdaniem on powinien być rozłożony. I nie powinien przyjąć tak skrajnej formuły. Ale z punktu widzenia tych, co chcieli by to poszło szybko i radykalnie, to tak właśnie poszło. Ja z niedużą grupką posłów byliśmy osamotnieni w krytyce pakietu reform.

Ostro krytykowali też je postkomuniści, którzy zresztą już w 1991 roku stali się drugą siłą a w 1993 pierwszą?

Pamiętajmy, że Sejm X Kadencji, czyli sejm kontraktowy, składał się w większości z przedstawicieli nie Solidarności, ale PZPR. I posłowie PZPR wygłaszali owszem gromkie przemowy przeciwko programowi Balcerowicza, celował w nich głównie Włodzimierz Cimoszewicz. Ale jak przychodziło do głosowania, to wszyscy głosowali „za”. I pakiet reform Balcerowicza został przyjęty przez Sejm, Senat i podpisany przez prezydenta w między 17 grudnia a końcem roku. Działanie było błyskawiczne. Pakiet tych reform praktycznie zmieniał ustrój w państwie. Ja wtedy przewodniczyłem komisji Polityki Gospodarczej, Budżetu i Finansów. I teoretycznie powinno to do niej trafić.

Tuż przed 17 grudnia zaprosił mnie do siebie Bronisław Geremek. Powiedział „słuchaj, ty jesteś taki krytyczny. A my musimy przeprowadzić te ustawy. Powołamy więc komisję nadzwyczajną”. Odpowiedziałem: „Bronku, bardzo dobrze. Bo nie chcę wychodzić na tego, który rzuca kłody pod nogi naszemu obozowi. Ale wiele rzeczy mi się w tym pakiecie nie podoba i nie mógłbym tego poprzeć”. Powstała komisja nadzwyczajna i w dziesięć dni – podczas których były święta – trudne ustawy także pod kątem legislacyjnym – przeszły.

Wracając do pytania o 4 czerwca – wyłoniony w tamtych wyborach Sejm Kontraktowy znacznie przyśpieszył polityczne zmiany ustrojowe w Polsce. Nie można mówić, że coś blokował. Z drugiej strony to właśnie wtedy zaczął się kształtować nieformalny sojusz między środowiskiem PZPR a liberalnym skrzydłem Solidarności. Różnie z tym potem bywało, ale politycznym zwieńczeniem tych prób był sojusz Lewica i Demokraci w 2007 roku. A dziś wielu niegdyś prominentnych działaczy SLD jest w Platformie Obywatelskiej.

Przeczytaj też:

Polska dostarczy ciężką broń Ukrainie. Największy kontrakt zbrojeniówki od dawna

Merkel przerwała milczenie. Pierwszy raz wypowiedziała się o rosyjskiej inwazji

Opozycja zwiera szeregi. Będzie kontrolować wybory, jest porozumienie z Tuskiem


Lubię to! Skomentuj38 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Społeczeństwo