Oto czemu nasze uczelnie przegrywają w rankingach. Najmłodszy profesor to wyłom w systemie

Wejście na teren kampusu głównego Uniwersytetu Warszawskiego. fot. Paul Sableman, Flickr, CC BY 2.0
Wejście na teren kampusu głównego Uniwersytetu Warszawskiego. fot. Paul Sableman, Flickr, CC BY 2.0
Nominacja dla niespełna trzydziestoletniego profesora to ważny sygnał, że tacy ludzie w Polsce coraz częściej osiągają sukcesy. Pytanie, jak starsi naukowcy przyjmą napływ „konkurentów”. Jeśli do tej pory dziekanami, szefami katedr byli ludzie po „sześćdziesiątce”, a teraz pojawią się wśród nich ludzie trzydziestoletni, to reakcja środowiska będzie bardzo ciekawa – mówi Salonowi 24 prof. Michał Kleiber, Przewodniczący Polskiego Komitetu ds. UNESCO, były minister nauki oraz były Prezes Polskiej Akademii Nauk.

W wieku 29 lat profesorem został Mateusz Hołda. To najmłodszy tytularny profesor w historii Polski. Ciągle słyszymy, że polska nauka jest w kryzysie, że zajmuje słabsze miejsca w rankingach. A jednocześnie możemy poszczycić się bardzo młodym profesorem. Czy ta nominacja to jednostkowy przypadek, czy może świadczy, że z naszą nauką nie jest tak najgorzej?

Prof. Michał Kleiber: Ta nominacja to oczywiście dobra wiadomość. W Polsce z uwagi na system awansów samodzielne stanowiska profesorskie obejmowane są znacznie później niż w innych krajach. Całe środowisko naukowe od wielu lat apeluje, by ten system nominacji przyśpieszyć.

Przeczytaj też:

Waszczykowski: Propozycja Niemiec przejdzie do historii. Całe pokolenia będą się śmiać

Nominacja profesora Hołdy jest takim przyśpieszeniem?

Sytuacja jest o tyle ciekawa, że jeśli chodzi o nauki medyczne, w których profesor Hołda otrzymał tytuł, średnia wieku nominacji profesorskich była jeszcze wyższa, niż w innych dziedzinach. A więc ta nominacja stanowi pewien wyłom. Pozytywny sygnał, że i w naukach medycznych coraz częściej ludzie młodzi, zdolni, uzyskują awanse. Ta decyzja podjęta została w prawidłowym trybie, przemyślana. Ten młody człowiek ma bardzo dużo osiągnięć. Jego nominacja to ważny sygnał, że tacy ludzie w Polsce coraz częściej osiągają sukcesy. Pytanie, jak starsi naukowcy przyjmą napływ „konkurentów”. Jeśli do tej pory dziekanami, szefami katedr byli ludzie po „sześćdziesiątce”, a teraz pojawią się wśród nich ludzie trzydziestoletni, to reakcja środowiska będzie bardzo ciekawa. Środowisko naukowe jest bardzo tradycjonalistyczne, zarówno w tym pozytywnym, jak i w negatywnym sensie. Ja sam zostałem profesorem bardzo wcześnie, myślałem, że byłem jednym z najmłodszych. Teraz okazuje się, że są dużo młodsi. I to mnie cieszy.

Dawniej rzadko, ale zdarzało się, że tytuły profesorskie zdobywali ludzie bez spełnienia podstawowych kryteriów, liczył się dorobek. Głównie miało to miejsce w dziedzinach artystycznych, ale też legendą był wybitny matematyk, profesor Stefan Banach, który był klasycznym samoukiem. Czy dziś możliwa jest kariera człowieka, który bez pokonania wcześniej konkretnych szczebli, dzięki osiągnięciom zostanie profesorem?

O takiej sytuacji w ostatnich latach nie słyszałem. Nasze regulacje prawne raczej to wykluczają. W Polsce wymogi są jasne – trzeba mieć doktorat i habilitację. W niektórych przypadkach można to drugie kryterium ominąć. Chodzi o polskich naukowców przyjeżdżających z krajów, w których obowiązku habilitacji nie ma. W ich przypadku czasem mogą uzyskać tytuł profesorski bez konieczności obrony pracy habilitacyjnej. I to znacznie przyśpiesza ich drogę.

Jest wiele głosów mówiących o tym, by habilitację w ogóle zlikwidować?

To czy i na ile habilitacja jest niezbędna, jest tematem do dyskusji. Bo habilitacja ma na pewno swoje zalety, jeśli chodzi o sprawdzenie dorobku naukowego, to jest poza dyskusją. Ale wadą jest to, że bez wątpienia mocno ten awans opóźnia. Nie sądzę, by była dziś możliwość uzyskania tytułu profesorskiego omijając wszystkie wymagane szczeble. Natomiast w niektórych przypadkach będzie możliwość uniknięcia konieczności habilitacji, co znacznie proces zostawania profesorem przyśpieszy.

We wszelkich międzynarodowych rankingach polskie uczelnie są raczej nisko. Najlepsze znajdują się w końcówce pierwszej pięćsetki. Czy to oznacza, że faktycznie są tak słabe, czy wynika to z przyjętych kryteriów, a w rzeczywistości nie jest tak źle?

To jest bardzo złożony problem. Jako przewodniczący kapituły polskiego rankingu uczelni mam wiedzę na ten temat. Uważam, że międzynarodowe rankingi są nieporównywalne i subiektywne. Wynika to z faktu, że przyjmuje się kryteria, które nie we wszystkich krajach mogą być spełnione. Na przykład – ranking szanghajski, uważany za najbardziej prestiżowy – bardzo dużo punktów przyznaje za nagrody międzynarodowe pracowników, przede wszystkim nagrody Nobla. Uniwersytety w Polsce mają niskie zarobki w porównaniu z innymi krajami, więc trudno, by nobliści przyjeżdżali tu pracować. To jeden z problemów. Zmierzam też jednak do tego, że rankingi tworzone są tak, że z jednej strony są to twarde i dostępne dane, a z drugiej jest kwestia doboru odpowiednich wag dla poszczególnych kryteriów. Z tego wynika ta subiektywność tych rankingów. Można bowiem większą wagę przywiązywać do liczby publikacji i cytowalności. Do wdrożeń, bądź do efektów edukacyjnych i osiągnięć, przebiegu kariery absolwentów. Powiem nieskromnie, że polski ranking jest w pewnym sensie wzorcem dla innych. My mamy najwięcej na świecie kryteriów. Wśród nich są opinie studentów, pracowników naukowych, firm, które zatrudniają absolwentów po ukończeniu studiów. W Polsce na słabsze wyniki rankingów wpływa też jeszcze jeden element. U nas od zakończenia wojny uczelnie są dziedzinowe. To znaczy, że mamy osobno uniwersytety, osobno politechniki, osobno akademie medyczne czy wychowania fizycznego.

Jak wpływa to na ranking?

Na Zachodzie uczelnie są wielotematyczne. Tam jak jest uniwersytet, to w nim jest szkoła medyczna, inżynierska, pedagogiczna, ale wszystkie razem składają się na jeden uniwersytet. Ta atomizacja szkół z definicji stawia nas w trudnej sytuacji. Zasadniczo zmienia sytuację w rankingu. Jeszcze jeden element: w humanistyce nie docenia się publikacji pisanych w narodowym języku. A trudno przecież o historii Polski, czy polskiej literaturze, pisać w obcym języku. Angielski zdominował świat nauki ze szkodą dla humanistów. A wracając do wspomnianej atomizacji szkół. Troszkę lepiej wypadamy w rankingu kierunków, dyscyplin naukowych niż uczelni. Ostatni ranking szanghajski pokazał, że mamy kilka wydziałów w pierwszej setce. To dużo lepszy wynik niż w rankingu uczelni, gdzie najlepsze polskie uniwersytety znajdują się pod koniec pierwszej pięćsetki.

Przeczytaj też:

Francuski profesor: Życie we Francji to w porównaniu z Polską piekło na ziemi

COVID bardziej zakaźny, ale trochę mniej groźny. Czy wrócą maski, lockdowny, obostrzenia?


Lubię to! Skomentuj89 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Technologie