Kicz polskiej proeuropejskości

Rafał Woś pisze o kiczu proeuropejskiego pojednania. Fot. PAP/EPA/Canva
Rafał Woś pisze o kiczu proeuropejskiego pojednania. Fot. PAP/EPA/Canva
Martwicie się, że Polska jest czarną owcą Europy? Czujecie, że zaraz nas wyproszą z unijnego raju? Zupełnie niepotrzebnie.

Dawno temu - bo w roku 1994 - pracujący jeszcze wtedy jako korespondent niemieckich mediów w Polsce Klaus Bachmann napisał dla dziennika „taz” tekst o „kiczu pojednania”. Krytykował w nim zamiatanie w nim pod dywan wszystkich trudnych i spornych polsko-niemieckich tematów w imię właśnie górnolotnego „pojednania”. Publicysta uważał, że sprowadzamy w ten sposób normalny dialog dwóch suwerennych sąsiadów do coraz bardziej pustych gestów. A wspomniany „kicz” jest coraz grubszą barierą uniemożliwiającą wszelki postęp. Widzi to każdy rozsądny człowiek. Ale niewielu ma interes w tym, by tę sytuację krytykować. Każda taka krytyka zostanie przecież zaraz przez kapłanów i strażników owego kiczu nazwana szkodnictwem, cynizmem albo wichrzycielstwem.

Polecamy: 

Zmarła najstarsza Polka. Morawiecki o śp. Tekli Juniewicz

Za starą monetę z PRL zapłacą dziesiątki tysięcy zł. Kolekcjonerzy polują na nią od dawna

Kanon kiczu polskiej proeuropejskości

Mam wrażenie, że dość podobny mechanizm wykształcił się przez lata wokół stosunków polsko-unijnych. Kicz nie był tu aż tak bardzo napuszony jak w przypadku relacji polsko-niemieckich. Ale wszystko inne się zgadzało. Także tutaj też przez całe lata kapłani i strażnicy „kiczu polskiej proeuropejskości” bardzo pilnowali, by się nie wychylać. Powstał nawet pewien obowiązujący kanon składający się z kilku niepodważalnych prawd. Leciały one mniej więcej tak:

Po pierwsze, nasza integracja z Europą jest procesem dziejowo koniecznym i co do zasady idealnym.

Po drugie, skoro jest idealnie, to nie ma nawet sensu mówić o tym, że jakiś element naszego bycia w Unii mógłby ulec poprawie. Przeciwnie. Każda próba takiego polepszenia może zdenerwować Unię i sprowadzić na nas karę. To znaczy odebrać nam to, co już mamy.

Po trzecie, Unia jako całość zasadniczo nie ma wad. A nawet jeśli je ma, to gdzież nam nowym członkom rodziny się w to mieszać. Unię niech naprawiają i reformują duzi oraz bardziej doświadczeni gracze. A nie my, polskie misie z bardzo małym rozumkiem.

Po czwarte, najlepszym miejscem dla takiego kraju jak Polska jest bycie w ciągłej awangardzie procesów integracji. Jeśli więc ktoś mówi w Unii o superpaństwie, to powinniśmy popierać go na 200 procent. Jeśli Unia chce robić zieloną transformację energetyczną to naszym obowiązkiem jest jej wzorowe wdrożenie. I ta dalej. Właśnie dzięki takiemu byciu „ulubieńcem pani wychowawczyni” oddalamy od siebie perspektywę, że ktoś się połapie i nas z Unii na cztery wiatry przegna jako najsłabsze niepasujące ogniwo.

Wyzwalamy się z klientelizmu

Ten kanon „kiczu polskiej proeuropejskości” pretendował momentami do bycia oficjalną wykładnią polskiej racji stanu. I był przez wiele lat faktycznie realizowany. Wymierną zaś nagrodą za taką postawę były na przykład ważne stanowiska unijne dla polskich obywateli (Donald Tusk w roli przewodniczącego Rady Europejskiej). Albo różnego typu poklepywanie po plecach przez niemieckich czy brukselskich polityków. Bądź też cmokanie zachodnich gazet, że Polska należy do grona kluczowych unijnych mocarstw a stosunki między Warszawa a Berlinem czy Brukselą „nigdy nie były lepsze".

Oczywiście większość rozsądnych ludzi wiedziała, że jest to „kicz”. To znaczy puste gesty za którymi nie kryje się prawdziwe partnerstwo. Przeciwnie - to jeden z przejawów niesymetrycznej relacji i klientelizmu Polski wobec Brukseli (w którym to schemacie wielu polskich polityków czuło się niestety jak ryba w wodzie). Nie trzeba było być jednak absolwentem Kolegium Europejskiego w Natolinie by wiedzieć, że Warszawa z unijnego prymusa szybko trafi do oślej ławki. A stanie się to w tym samym momencie, gdy polscy politycy zaczną mieć inne zdanie w kluczowych kwestiach. Takich jak na przykład przyszłość eurointegracji albo kształt zielonej transformacji Europy.

W zasadzie właśnie to wydarzyło się w ostatnich latach. To nie jest tak, że Polacy nagle przestali być proeuropejscy. Albo, że nad Wisłą zatriumfowały siły polityczne, które narzuciły swoim obywatelom atawistyczny eurosceptycyzm i antyniemieckość podpatrzoną u Gomułki. Chodzi raczej o to, że Warszawa przestała mówić to, co Bruksela przyzwyczaiła się od niej słyszeć. Tyle.

Czas na polsko-unijną dorosłość

Oczywiście są w Polsce tacy, którzy z „kiczu polskiej proeuropejskości” nie wyzwolą się nigdy. To pod wieloma względami kwestia pokoleniowa (starsi są bardziej skłonni do poglądu, że wokół Unii trzeba chodzić na paluszkach, bo jeszcze nas wyrzucą). A pod niektórymi także klasowa (elity mają skłonność do idealizowania Europy, bo najbardziej na jej urokach korzystają podczas gdy rachunek spada na społeczne doły).

Bądźmy jednak poważni. Dominacja „kiczu proeuropejskości” musiała się kiedyś skończyć. To normalne. Tacy na przykład Włosi byli w latach 80. najbardziej prounijnym krajem we wspólnocie. Dziś należą do najbardziej eurosceptycznych. I u nas zachodzą zupełnie naturalne procesy normalnienia Unii. Nie trzeba się ich bać ani drzeć szat z ich powodu. Musimy nauczyć się polsko-unijnej dorosłości. I to się właśnie teraz w trójkącie Warszawa-Berlin-Bruksela rozgrywa. 

Rafał Woś

Czytaj dalej:

Eksperci PKO BP nie mają złudzeń. Czeka nas duże rozczarowanie

Pieniądze Polaków zagrożone. PKN Orlen wydał komunikat

Mandat na grzybobraniu może wynieść 500 zł. O wpadkę bardzo łatwo

Tusk komentuje zachowanie premier Finlandii. Przypomniał urodziny Radia Maryja

Miał być popis możliwości nowego pojazdu Rosjan. Skończyło się na kompromitacji

Lubię to! Skomentuj84 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka