Kardynał Stanisław Dziwisz podczas wyborów w 2010 roku. Fot. PAP/Stanisław Rozpędzik
Kardynał Stanisław Dziwisz podczas wyborów w 2010 roku. Fot. PAP/Stanisław Rozpędzik

Chwedoruk: Wybory w dzień papieski mogą skończyć się paradoksem

Redakcja Redakcja Sejm i Senat Obserwuj temat Obserwuj notkę 67
Paradoksalnie data wyborów może mieć odwrotny skutek. Wszak to dobry motyw na 1 października dla mobilizowania młodszych wielkomiejskich wyborców argumentem, że termin wyborów został dobrany pod kątem wydarzenia o kontekście religijnym – mówi Salonowi 24 prof. Rafał Chwedoruk, politolog Uniwersytet Warszawski.

Prezydent ogłosił termin wyborów, formalnie zaczęła się kampania wyborcza. Podczas gdy większość komentatorów uważa, że przy ustalaniu terminu liczył się interes partii rządzącej, Pan w jednym z wywiadów powiedział, że w zasadzie data 15 października nie jest korzystna dla Prawa i Sprawiedliwości. Na czym opiera Pan tę tezę?

Prof. Rafał Chwedoruk: 
Po pierwsze, ze względu na planowaną na 1 października demonstrację Koalicji Obywatelskiej. Cała sytuacja, jaka miała miejsce wokół wydarzeń krakowskich, dała dobry pretekst do zwołania manifestacji. I termin wyborów, ledwie dwa tygodnie po demonstracji w naturalny sposób spowoduje, że kampania w ostatniej swojej fazie będzie skoncentrowana wokół tego, co powie Donald Tusk.


Bardzo trudno będzie czymkolwiek w tak krótkim czasie zagłuszyć echo tego wystąpienia lidera KO. 1 października młodzi ludzie, studenci, są już w dużych miastach. To zagwarantuje sukces frekwencyjny manifestacji. Mniejsze partie opozycyjne, ale także PiS, nie będą miały czasu, żeby przedstawić jakąś alternatywę. Poza tym akurat dla PiS-u wchodzenie w kwestie kulturowe jest w wielu aspektach niekorzystne, w szczególności dotyczy to tematu przerywania ciąży.

Ale argumentem za datą 15 października jest Dzień Papieski, upamiętnienie Świętego Jana Pawła II. Będzie to w wigilię 45. rocznicy wyboru Karola Wojtyły na papieża. Dzień Papieski obchodzony będzie właśnie w niedzielę wyborczą. To ma w założeniu też jakoś zmobilizować sympatyków PiS?

Ale paradoksalnie może mieć odwrotny skutek. Wszak to dobry motyw na 1 października dla mobilizowania przez mówców wiecowych młodszych wielkomiejskich wyborców argumentem, że termin wyborów został dobrany pod kątem wydarzenia o kontekście religijnym. Co nie znaczy oczywiście, że 15 października ma same wady z perspektywy PiS-u. Jest jedna zasadnicza zaleta, czyli pogoda. W sytuacji, w której wyborcy PiS-u są nad reprezentowani na obszarach słabiej zurbanizowanych, listopadowa na przykład aura w połączeniu z odległością, problemem z dotarciem i tak dalej mogłaby odstraszać od głosowania. 15 października problem powinien być mimo wszystko mniejszy, niż kilka tygodni później.

Aura jest nieprzewidywalna, tak zimnego lata jak teraz to dawno nie było. I może być tak, że na przykład w listopadzie będzie cieplej niż w październiku…

Oczywiście, ale mimo wszystko patrząc statystycznie, większa jest szansa na przyjazną pogodę w połowie października, niż na początku listopada. Natomiast myślę, że tak naprawdę trudno byłoby datę wyborów wpisać w jakieś głębsze czynniki strategiczne. W ostatnich latach olbrzymi odsetek obywateli zwiększył zainteresowanie polityką. Ludzie raczej mają określone poglądy i musiałoby się stać coś naprawdę nadzwyczajnego, by doszło do zerwania linii dotychczasowych podziałów.

Mówi Pan o marszu 1 października, że może być sukcesem frekwencyjnym i pomóc Koalicji Obywatelskiej. Ale marsz z 4 czerwca też był wielkim sukcesem. Sondaże Koalicji Obywatelskiej poszły w górę, ale inne ugrupowania opozycyjne straciły. Jeżeli teraz będzie podobnie, KO zyska, ale wybory z PiS zremisuje, a Trzecia Droga zejdzie poniżej 8 proc., Lewica ledwie przekroczy próg, to partia rządząca będzie otwierać szampana. Czy w takim razie termin wyborów może być celową zagrywką obliczoną na to, że Tusk osiągnie sukces, ale opozycja jako całość straci?

Oczywiście naczynia połączone, jakimi są wyborcy opozycji w swojej większości, generują duże ryzyko, że w istocie mobilizacja w wykonaniu Donalda Tuska w ostatniej chwili osłabi pozostałe formacje. Ja się w zupełności zgadzam z taką konstatacją, a czasu będzie bardzo mało, żeby to odwrócić. Faktycznie, jeśli tylko PiS pozostałby numerem jeden (nawet przy wyniku bliskim remisowi), stałby się potem beneficjentem całej tej sytuacji. Z tym, że istnieje też możliwość, że napływ wyborców Trzeciej Drogi i Lewicy do Platformy może PO wysunąć przed PiS, wtedy to Tusk skorzysta na  niewejściu innych ugrupowań. Ale oczywiście nie mam wątpliwości, że politycy PiS-u przy wyznaczaniu terminu głosowania brali pod uwagę ten kontekst. I chcieli dodatkowo skomplikować relacje wewnątrz opozycji. Szczególnie, że mniejsze partie nie mają recepty na to, jak odwrócić trend spadkowy. W przypadku Lewicy jest jeszcze trochę łatwiej – bo ugrupowanie ma pewien rys ideowy i też jest jasne, że będzie w razie wygranej KO częścią koalicji. Z Trzecią Drogą jest już problem. Sytuacja, w której ludowcy chcą uciec od zbyt liberalnej Platformy i wiążą się z jeszcze bardziej liberalnym ruchem Szymona Hołowni, nie jest prostą do wyjaśnienia.


Myślę, że kierownictwa obu podmiotów Trzeciej Drogi, czyli PSL i Polski 2050, zdają sobie sprawę, że start na wspólnych listach z PO, nawet zakończony sukcesem i udziałem we władzy, może wcześniej czy później podważyć ich legitymizację wewnątrz własnej formacji. Może stworzyć jakby nową dynamikę i skłonić do pytań „po co przez tyle czasu prowadziliśmy samodzielną politykę, żeby w końcu i tak startować z PO. Dla Szymona Hołowni to jest trochę być albo nie być. Jeśli startowałby z Platformą, to owszem jego partia dostałaby jakieś ministerstwa, ale ze względu na bliskość programową wobec innych formacji opozycyjnych, daleko posunięty eklektyzm, bardzo trudno byłoby w sytuacji jakichś nowych rozdań, konsolidacji opozycji w ogóle utrzymać swoje polityczne istnienie. Natomiast poza tym czynnikiem trudno to działanie wyjaśnić, bo przecież dołączenie do Trzeciej Drogi do Koalicji Obywatelskiej w zasadzie wywindowałoby taką formację na pierwsze miejsce, a to z kolei kompletnie zmieniałoby polską politykę. Liderzy PSL i Polski 2050 zdecydowali inaczej. Myślę, że samodzielny start Trzeciej Drogi wynika też z dosyć naiwnych kalkulacji dotyczących strategicznego osłabienia PO, które póki co się nie ziściły i nie widać żadnych przesłanek, żeby miały się w tej kampanii ziścić.

Problemy ma też PiS. Ostatni kryzys wokół służby zdrowia dotyczy także wyborców partii rządzącej. Na ile ostatnie wydarzenia szkodzą partii rządzącej i na ile negatywny trend może odwrócić dymisja ministra Adama Niedzielskiego?

Z całą pewnością jest to jakaś poważna porażka partii rządzącej w kampanii. PiS często ratował się przed problemami, bo z reguły reagował szybko. Przy najmniejszych wątpliwościach odstawiał polityka znajdującego się pod pręgierzem opinii publicznej. W tym wypadku chyba intuicja prowadzących kampanii absolutnie zawiodła. Działanie było zbyt spóźnione, bo najpierw przetoczyła się cała fala i dopiero nastąpiła reakcja. A była to sprawa, w której od początku było jasne, że trudno będzie wybronić polityka.


W spektakularnej formie na konferencji prasowej mieliśmy zderzenie państwo, jego funkcjonariusz kontra obywatel. Nawet gdyby wszystko było zgodnie z prawem, to wyglądałoby to fatalnie. Było jasne, że będzie to źle odebrane w społeczeństwie, które jest przywiązane do wolności obywatelskiej, w wielu aspektach polskiego ustawodawstwa jest bardzo liberalne w podejściu do swobód obywatelskich. Tu pomóc mogła tylko błyskawiczna dymisja. Spóźniona reakcja dała opozycji szansę  na ogranie tematu i przywrócenie, czy wzmocnienie stereotypu podziału autorytarna prawica kontra liberalna opozycja.

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka