W ostatnich latach a nawet dekadach liczba wypadków znacząco spadł Fot. Pixabay
W ostatnich latach a nawet dekadach liczba wypadków znacząco spadł Fot. Pixabay

Kierowcy mogą narzekać na utrudnienia, ale ich wpływ na liczbę wypadków jest ogromny

Redakcja Redakcja Wypadki Obserwuj temat Obserwuj notkę 13
Poprawa bezpieczeństwa na przestrzeni kilku ostatnich dekad miała głównie związek z tym, że wyprowadzaliśmy ruch z miast. A więc tranzyt zaczął się wreszcie odbywać autostradami, drogami ekspresowymi, obwodnicami. Po drugie faktycznie samorządowcy sukcesywnie przebudowują miasta, które zmieniają się na lepsze pod względem drogowym. Być może to jest jeszcze niezrozumiałe przez część kierowców, ale utrudnienia drogowe sprawiają, że wypadków jest mniej. A kiedy już do nich dochodzi, to skutki nie są już tak tragiczne – mówi Salonowi 24 Łukasz Zboralski, redaktor naczelny portalu BRD24.pl, ekspert bezpieczeństwa drogowego.

Mieszkańcy dużych miast, szczególnie Warszawy, narzekają na różne utrudnienia i politykę wobec kierowców. Czasem jest w tym racja, czasem nie, ale jedna statystyka robi ogromne wrażenie. Na początku lat 90. w stolicy dochodziło do ponad 300 wypadków śmiertelnych rocznie, w mediach tragediom na drogach poświęcone były osobne rubryki. Dziś nikt ich nie robi, bo tych wypadków jest znacznie mniej, w przybliżeniu około 20 w ciągu roku. Co sprawiło, że nastąpiła taka poprawa?

Łukasz Zboralski:
Przez ostatnie dwa lata w Polsce dokonał się radykalny skok w poprawie bezpieczeństwa ruchu drogowego. Był on jednak związany bardziej z mandatami i karami, niż ze zmianą infrastruktury. Natomiast poprawa bezpieczeństwa na przestrzeni kilku ostatnich dekad miała głównie związek z tym, że wyprowadzaliśmy ruch z miast. A więc tranzyt zaczął się wreszcie odbywać autostradami, drogami ekspresowymi, obwodnicami. Po drugie faktycznie samorządowcy sukcesywnie przebudowują miasta, które zmieniają się na lepsze pod względem drogowym. Być może to jest jeszcze niezrozumiałe przez część kierowców, ale to, że zrobi się trochę węższe pasy na jezdni, czy różnego rodzaju szykany itd., powoduje, że te prędkości spadają, kierujący nie mogą się rozpędzić niezgodnie z przepisami do wysokich prędkości. To sprawia, że tych wypadków w ogóle jest mniej, bo ludzie mają czas na reakcję, dają sobie więcej czasu jak jadą wolniej. A kiedy już do wypadku dochodzi, to skutki nie są już tak tragiczne skutki, bo te prędkości zderzeń nie są wysokie.

Starsi kierowcy czasem narzekają na foteliki samochodowe, twierdzili, że żądanie nawet na krótkiej trasie montażu fotelików jest fanaberią. Tymczasem akurat foteliki chyba znacząco poprawiają bezpieczeństwo najmłodszych?

Na pewno liczba tragicznych zdarzeń z udziałem dzieci spadła, jednak fakt, że część ludzi przyjmowała pewne nowości w Polsce trochę jako fanaberię, wynikał moim zdaniem z tego, że politycy niedobrze potrzebę zmian tłumaczyli, co więcej, sami ich nie rozumieli. Czyli jak ustalali maksymalną prędkość w mieście na 50 kilometrów na godzinę, nie wytłumaczyli Polakom, dlaczego należy to zrobić. Obowiązek stosowania pasów bezpieczeństwa też nie został dobrze wytłumaczony. Tak samo stosowania fotelików do przewozu dzieci, czy innych urządzeń przytrzymujących, też nie został wytłumaczony i może to spowodowało pewien opór. Natomiast jak wynika z badań Krajowej Rady Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego, stosowanie pasów bezpieczeństwa w Polsce jest procentowo na bardzo wysokim poziomie. Używa ich jakieś 98 proc. kierujących. Co więcej, duża jest liczba zapinających pasy pasażerów z tyłu. Tam zawsze było trochę gorzej, ale jest nieźle. I wydaje mi się, że podobnie jest ze stosowaniem fotelików. Liczba ludzi przewożących dzieci zabezpieczone rośnie. Inną sprawą jest to, czy oni tego fotelika dobrze używają, bo sam fotelik to jeszcze nic. To dziecko musi być w nim poprawnie zapięte, żeby to wszystko zadziałało.

W latach 90. toczyła się dyskusja, w której przeciwnicy obowiązku zapinania pasów mówili o obawie, że spłoną w samochodzie. Przytaczano przypadki kogoś, kto na przykład właśnie spalił się w aucie, bo nie mógł się uwolnić. Bo pas, zamiast ratować, doprowadził do śmierci?

Nadal pojawiają się legendy o tym, że czyjegoś szwagra, żony, brata, syn na przykład wpadł do stawu i to, że nie był zapięty pasami uratowało mu życie. To jest taka stała i modna śpiewka, ale to raczej legenda miejska. Pożary samochodów po wypadkach są ekstremalnie rzadkie. Jeśli ktoś sobie kalkuluje bezpieczeństwo, no to musi wziąć pod uwagę, co go może spotkać na tej drodze częściej. A zdecydowanie częściej spotkać go może po prostu uderzenie w przeszkodę, zderzenie, czy sytuacja, w której ktoś uderzy w jego samochód. I wówczas pas minimalizuje mu ryzyko śmierci albo ciężkich obrażeń o 50 proc. Uważam, że zawsze warto go zapinać.


Udostępnij Udostępnij Lubię to! Skomentuj13 Obserwuj notkę

Komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości