Wywiad jest częścią nowego programu Salon24.pl „Tłumaczymy, jak się nie poddać” prowadzonego przez Mariannę Fijewską- Kalinowską. Pierwszy odcinek programu znajdziesz tutaj:
Marianna Fijewska-Kalinowska: Jedną z twoich ostatnich wypraw był trawers Grenlandii w 2022 roku. Pokonałaś wówczas 600 kilometrów lądolodu, byłaś jedyną kobietą w międzynarodowej grupie. Co stanowiło dla ciebie najtrudniejsze wyzwanie podczas tej wyprawy z kobiecego punktu widzenia?
Miłka Raulin: Najtrudniejsze były wyzwania siłowe. Moi towarzysze byli jednak nieocenieni i bardzo mi pomagali. Za to ja byłam pożyteczna, jako osoba o najmniejszej wadze. Jeśli ktoś wpadł do szczeliny, chłopaki brali mnie za nogę, a ja podpinałam karabinek i byliśmy w stanie tę osobę wyciągnąć.
Jak często podczas takiej wyprawy ktoś wpada do szczeliny?
Oh, non-stop! Czasem tylko nogą, a czasem naprawdę głęboko. Siła nacisku mojej stopy na lądolód była znacznie mniejsza, niż pozostałych uczestników wyprawy, bo ja ważę 50 kilogramów, a oni około 100. Dlatego to oni wpadali do szczelin, a nie ja. Wszystkie inne aspekty, prócz aspektów siłowych, to były aspekty, z którymi radziłam sobie bez problemu.
A aspekty… związane choćby z robieniem siku?
Siku to bułka z masłem! Zaraz opowiem ci, jak wyglądał typowy dzień podczas wyprawy. Otóż: wstajesz rano, otwierasz oczy, jest godzina 5.30 i szron leci ci na twarz. Budzisz się i myślisz: „Jezu, ja tu znowu jestem!”. Jest zimno, musisz wyjść, bo perystaltyka jelit po liofilizowanym jedzeniu przyspiesza niczym rakieta lecąca w kosmos. Musisz znaleźć łopatę i przy -40 stopniach Celsjusza wykopać dziurę, załatwić sprawy i wrócić do namiotu. Potem gotujesz wodę ze śniegu, musisz jej ugotować 2-3 litry, więc proces gotowania trwa około 45 minut. Jesz, ubierasz się i dopiero jesteś gotowy, by ruszyć. O 8 rozpoczyna się wyprawa. Co godzinę robicie przerwy na tak zwane snacks and drinks, a w połowie dnia na obiad, czyli liofilizat, który wystarczy zalać wodą z termosu. Tylko że czasem wiatr wieje z prędkością 80 kilometrów na godzinę, więc żarcie jest wszędzie. Pewnego dnia byłam tak potwornie głodna i wyziębiona, a nie mogłam nic zjeść, bo wiatr zwiewał mi jedzenie z łyżki. To była masakra. Potem dochodzisz do miejsca noclegu, rozbijasz namiot, gotujesz wodę… i tak w kółko.
Opisałaś swoją wyprawę w znakomitej książce „600 kilometrów lodową pustynią”. Piszesz tam m.in. o ewakuacji lidera podróży, Szweda Mikael Strandberga. Co się stało?
Bardzo polecam tę książkę! Można znaleźć w niej również film, który zmontowałam na podstawie materiałów nagranych przeze mnie i innych członków wyprawy. A historia związana z Mikaelem jest niesamowita. A więc pierwszego dnia wyprawy, w moje urodziny, Mikael postanawia wyjść sam, na nikogo nie czekając…
…znamy już takie górskie historie.
Znamy, znamy! Kiedy z pozostałymi uczestnikami wyprawy dochodzimy do Mikaela, okazuje się, że się wywrócił. Zaczynamy z nim rozmawiać, a on, jak zdarta płyta, zadaje te same pytania: „A gdzie ja jestem?”, „Czy ktoś mi pomoże założyć raki?”, „A co my tu robimy”?, „A którędy mamy iść”. W pewnym momencie Mikael ściąga czapkę i okazuje się, że na głowie ma wielkiego guza, ranę ciętą na pół, z której sączy się nie tylko krew, ale inne… dziwne rzeczy. Mija doba, wszyscy jesteśmy zgodni, łącznie z Mikaelem, że musimy podjąć ewakuację. Uruchamiamy kontakt z osobą, która ma z nami łączność i o tę ewakuację prosimy. To była bardzo trudna decyzja dla Mikaela. Wyobraź sobie, że przez rok przygotowujesz się do tak trudnej ekspedycji! W dodatku on był liderem całej wyprawy. Mikael mieszkał kiedyś na Grenlandii, więc najłatwiej było uczynić go liderem. W końcu przyszedł moment ewakuacji i wtedy okazało się, że helikopter nie jest w stanie wylądować, ponieważ znajdowaliśmy się w niecce. Pilot podjął więc decyzję, że zawiśnie nad nami i opuści ratownika. Dla nas oznaczało to tragiczny, okropny moment, ponieważ poprzedniego dnia spadł śnieg. Mieliśmy więc tornado o prędkości 260 kilometrów na godzinę, bo właśnie z taką prędkością poruszają się łopaty wirnika helikoptera. Po raz pierwszy w życiu byłam w takiej sytuacji, że wszędzie- w tchawicy, w nosie, w gardle- miałam śnieg. Przypominało to efekt bycia w lawinie. My w ogóle nie wiedzieliśmy, że ta akcja będzie tak wyglądać, więc byliśmy na to trochę nieprzygotowani.
Zakładam, że powinniście mieć jakieś maski…
Ale w takiej sytuacji nikt o tym nie myśli! Masz godzinę na to, żeby przygotować lądowisko, a więc dzielisz się pracą i działasz. Ktoś idzie dawać sygnały pilotowi, ktoś siedzi przy Mikaelu, ja próbuję ogarnąć jego rzeczy, żeby móc szybko spakować je do helikoptera, tylko że helikopter wcale nie ląduje, a zamiast tego robi nam… czy mogę przekląć?
Tak.
Robi nam rozpierduchę. Po prostu totalną, w naszym obozie. Rwie namiot na szmaty, wszędzie rozwiane są nasze rzeczy. Okropny moment… mam aż gęsią skórkę jak to wspominam.
Ale udało się.
Udało się. W końcu Mikael odchodzi razem z ratownikiem, który ma już wszystko przygotowane, a my zostajemy, z tym wszystkim, co się wydarzyło.
MB
Fot. Marianna Fijewska-Kalinowska i Miłka Raulin. Źródło: Salon24




Komentarze
Pokaż komentarze (26)