Z artykułu dowiesz się:
- Dlaczego prokuratura żądała wydania telefonu przez dyrektora Mariusza Trojanowskiego na podstawie bilingów
- O karze 134 tys. zł nałożonej na szpital przez Narodowy Fundusz Zdrowia
- Jakie są dwa równoległe śledztwa w sprawie ujawnienia tajemnicy oraz nieprawidłowości przy zabiegu
- O proteście redakcji WP oraz Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka przeciwko działaniom śledczych
Bilingi na celowniku prokuratury
We wrześniu śledczy wezwali Mariusza Trojanowskiego na przesłuchanie w charakterze świadka. Podczas czynności prokurator przedstawił dyrektorowi postanowienie nakazujące wydanie prywatnego telefonu. Zagroził przeszukaniem i odebraniem urządzenia siłą, jeśli Trojanowski nie odda go dobrowolnie. Podstawą żądania były bilingi dyrektora, które wskazywały na wcześniejsze połączenia z reporterem Wirtualnej Polski Michałem Janczurą. Rzeczniczka Prokuratury Okręgowej w Bydgoszczy Agnieszka Adamska-Okońska potwierdziła, że prokuratura zabezpieczyła aparat na potrzeby postępowania.
W postanowieniu śledczy wymienili nazwisko Janczury oraz jego numer telefonu. Prokuratura chciała w ten sposób dotrzeć do treści korespondencji przesyłanej reporterowi przez świadków wydarzeń.
Ochrona źródeł pod znakiem zapytania
Działania prokuratury nastąpiły po tym, jak w czerwcu redakcja Wirtualnej Polski odmówiła organom ścigania ujawnienia źródeł informacji. Dziennikarze powołali się na ustawowy obowiązek zachowania tajemnicy zawodowej. Przejęcie telefonu rozmówcy reportera odebrano w środowisku medialnym jako próbę omijania przepisów chroniących informatorów.
– To próba obejścia tajemnicy dziennikarskiej w białych rękawiczkach – ocenił Konrad Siemaszko z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. Prawnik zwrócił uwagę na niebezpieczny precedens, który może uderzać w ochronę informatorów prasy.
Głos zabrało także kierownictwo portalu. – Stanowczo protestujemy przeciwko działaniom prokuratury w sprawie naszej publikacji – oświadczyli Łukasz Kijek, Barbara Kasprzycka i Mateusz Cieślak z Wirtualnej Polski. Redakcja stoi na stanowisku, że śledczy nie posiadają i nie będą posiadać danych pozwalających ustalić tożsamość informatorów. Do sprawy odniósł się również autor publikacji. – Tak się ucisza niewygodne media! Tak się niszczy wolność słowa! Tak się pokazuje, że nie warto patrzeć władzy na ręce! – skomentował w sieci Michał Janczura.
Niedzielny zabieg syna polityka KO z pominięciem izby przyjęć
Sprawa ma swój początek w publikacji, która ukazała się 7 kwietnia na łamach Wirtualnej Polski. Michał Janczura opisał w niej wydarzenia z 15 marca w szpitalu powiatowym w Aleksandrowie Kujawskim. Ówczesny senator Tomasz Lenz w marcową niedzielę wprowadził swojego syna do placówki z pominięciem izby przyjęć.
Młody pacjent trafił bezpośrednio na oddział chirurgii. Lenz publicznie potwierdził, że zabieg dotyczył jego syna. Tożsamość pacjenta oraz charakter procedury ujawnili publicznie sam polityk i jego partyjni koledzy, w tym Tomasz Grodzki, mimo że dyrekcja szpitala zasłaniała się wcześniej przepisami o ochronie danych osobowych.
Kara od NFZ i dwa śledztwa
Nieprawidłowości w placówce wykazała kontrola Narodowego Funduszu Zdrowia. Fundusz nałożył na szpital karę w wysokości 134 tys. zł. Kontrolerzy stwierdzili, że zabieg syna polityka nie był finansowany ze środków publicznych i odbył się w trakcie dyżuru lekarzy na oddziale chirurgii. Prokuratura prowadzi dwa równoległe postępowania o odmiennym charakterze. Pierwsze dotyczy ujawnienia tajemnicy i ustalenia, kto poinformował media o niedzielnym zabiegu. Drugie ma wyjaśnić nieprawidłowości, do których doszło podczas operacji w szpitalu.
Dziennikarze zwracają uwagę na różnicę w działaniach organów ścigania. W sprawie nieprawidłowości przy zabiegu śledczy nie zgłosili się do Wirtualnej Polski, mimo że redakcja złożyła zawiadomienie. Prokuratura odmówiła dziennikarzom informacji o podejmowanych czynnościach i ewentualnym zabezpieczeniu telefonów osób decyzyjnych.
Fot. Tomasz Lenz, senator KO/screen
Red.




Komentarze
Pokaż komentarze (50)