Prawdzic Prawdzic
375
BLOG

Żydowska kochanaka

Prawdzic Prawdzic Rozmaitości Obserwuj notkę 0

Suplement do odcinka 9
 
Po zakończeniu stanu wojennego, gdy komuna zaczęła się przebudowywać w kapitalistyczny liberalizm, dymisjonowali się ze swoich posad i funkcji publicznych, żeby w stanie spoczynku dorabiać jako adwokaci, nawiązując z głównymi opozycjonistami stosunki bimberpersonalne. Janowi zdarzyło się nawet bronić prominentnych dysydentów przed szykanami tajnej policji Józefa.
  
     Żeby skończyć te klasyczne aluzje – pan Teodor, były Chef-verwaltung obozowych łapiduchów (zajmujących się zwożeniem w Auschwitzu, trupów do kremacji) i zwany z tego tytułu “Hadesem”, albo “Saturnem” („Saturninem”} - unosząc gestem pouczenia wskazujący palec, uciął sprawę:- Qui bibit vino, vita brevis! Kto pije wino, żyje krótko!              
 
42) Tymczasem z dołu, z nowocześnie wyposażonej, przestronnej kuchni, dobiegło, od czasu do czasu, głośniejsze słowo kucharki świadczące, że robota idzie całą parą.
- Jeśli ci mizerni goście tego nie zjedzą - kucharka podniosła brwi, wskazując oczami w górę, na piętro i mieszkających na nim leciwych staruszków – to jutro, całą naszą robotę zjedzą psy, które pilnują tej chałupy - powiedziała cicho do swej pomocnicy i raptem parskając śmiechem, zatkała sobie ręką usta.
Pomocnica była tak wystraszona blichtrem “wielkiego państwa”, że wcale nie śmiała się odzywać. Przychodziła tu do pracy od niedawna, przejęta zabobonną czcią wobec gospodarzy, zadziwiona skąd ludzie mają takie bogactwo. ”Widocznie to bardzo ważne ludzie?”- pytała szeptem kucharki.                                                                
- ”I to jeszcze jak”- kucharka potwierdziła skwapliwe, udając że się zna na rzeczy.
Po ułożeniu przybranych półmisków i talerzyków na tacach, srebrnych sztućców i szklanek gotowych do zalania wrzątkiem - umyły ręce i wyszły.
 
 
Sekrety i tajemnice tej rodziny polegały na głębokim zaufaniu do mocy diabelskich, które bezpiecznie przeprowadziły ich przez Auschwitz -Pani Beata chciała się sama zmierzyć z weselem syna. Bez  świadków. Nie chciała do tego dopuścić nikogo. Żeby jej czegoś nie spaprał. Dlatego nawet Adela, stała służąca, została wysłana na wieś do rodziny.
Pani Beta sądziła, że podczas tego mini-przyjęcia da sobie sama radę, przy nieznacznej pomocy Żylastego. Starsi panowie jedzą tyle, co wróbelki, mąż wrzodowiec odżywia się kleikiem na wodzie, a Żylasty przekąsi coś w biegu, między kuchnią a jadalnią (salon na piętrze – ze względu na rozmiary boiska do koszykówki, zwany “wielkim” ­- miał być przerobiony na domową kaplicę). Wynoszenia potraw na weselny stół i obsługę tych kilku gości, pani Beata zamierzała dokonać osobiście, mając tylko Żylastego do pomocy. Był to przyjaciel domu, coś jakby konsjerż, zamieszkały z gospodarzami “od niepamiętnych czasów”, pół lokaj, pół homme de main.
 
Mówiono o nim – “niejaki Żylasty. Nie wiadomo czy to było jego imię, czy jakiś pseudonim (konspiracyjny, bojowy, artystyczny?) z przeszłości, grunt że dobrze pasował do jego ciała, uformowanego zgrabnie z samych mięśni bez grama tłuszczu; przywodząc na myśl samą istotę “chudej i twardej mięsistości”. Był szczupły, ale mocno zbudowany. Było widać, że ma sprężyste kości i ścięgna, ładne dłonie, ramiona i zgrabne pośladki. Pod czarnym wąsikiem rysowała się brutalna szczęka jak u boksera. O, ten mógłby walić łbem w deski i przebijać nim drewniane ściany jak taran. Było widać, że kiedyś musiał mieć krzepę siłacza, który zrywa łańcuchy jednym szarpnięciem byczego karku lub podnosi w zębach stoły, wraz z siedzącymi na nich osobami, doprowadzając do spazmów stateczne mężatki. Bez wątpienia należał do typów opisywanych przez przedwojennych powieściopisarzy, pod których “hypnotycznym” spojrzeniem mdlały panny na cyrkowej widowni i całkiem dojrzałe panie w salonach pałaców.
Żylasty, już dawno się pozbył byczego karku i był wysmukłym szpakowatym panem, ostrzyżonym na jeża a`la boy-Żeleński, przez co wydawał się bardzo interesujący. Tak naprawdę, był ciut podobny do goryla, gęsto obrośnięty (często myślała o nim lubieżnie: “Ta Bestia” (i… aż dostawała kłucia w podbrzuszu), ale to tylko dodawało mu męskiego seksapilu. Pani Beata znała go jeszcze przed wojną; był i pozostał największą miłością jej życia.  
Niestety, nie mogła się z nim połączyć przed wojną, bo dzieliła ich przepaść towarzyska i majątkowa; jej bogata rodzina nie zniosłaby mezaliansu, córki tekstylnego barona z cyrkowym atletą, zginającym żelazne sztaby na karku. Kiedy go poznała, był już samodzielnym artystą areny i sceny, rwał łańcuchy i nosił ciężary w zębach, jak zwierzę.
 
 Takie małżeństwo (z Godzillą?) było nie do pomyślenia w kręgach towarzyskich sanacyjnej Łodzi! Można było zrozumieć ożenek żydowskiego magnata od perkalu z rodową hrabianką, albo mariaż Radziwiłła z dziedziczką żydowskiego rodu warszawskich przemysłowców, ale nigdy kapitału z pracą, nigdy elity z proletariatem.
To dopiero wojna pozwoliła kochankom na zrównanie szans towarzyskich i socjalnych. Pani Beata dostała się wraz z transportem łódzkich Żydów do Oświęcimia, ponieważ nie chciała opuścić swej chorej matki, której pomimo olbrzymiej łapówki dla Gestapo, nie dało się wywieźć za granicę. Matka umarła zaraz po wyrzuceniu jej z wagonu na rampę, a pani Beata zamiast uciekać, towarzyszyła jej do końca. Żylasty jednak nie stracił jej z oczu i żeby ją ratować, wstąpił do służby w Gestapo. Kiedy ona w obozie zaszła w ciążę i w tajemnicy urodziła dziecko, on wykorzystując znajomości, wyciągnął ją stamtąd wraz z dzieckiem tuż przed samą likwidacją obozu, w styczniu 1945 roku.
Prawdzic
O mnie Prawdzic

odwołuję te głupstwa. które poprzednio tu napisałem

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości