Prawdzic Prawdzic
470
BLOG

Żydowska kochanaka

Prawdzic Prawdzic Rozmaitości Obserwuj notkę 4

Suplement 3 do odcinka 9
 
 Postanowiła jednak uprzątnąć, co się da i wywietrzyć, wołając Żylastego do pomocy. Wyjrzała na korytarz, wychyliła się przez balustradę, wołając w dół, do holu, zajrzała do pokojów obok, ale nie odpowiadał na jej wołania. Ani tam, ani nigdzie nie mogła go znaleźć, zapominając, że przecież sama wysłała go po sprawunki do miasta. Więc, zaczęła szukać Józefa-Marka, jako najbardziej z całej kompanii zdatnego do roboty, ale też go nie było.
     Józef, chociaż był emerytowanym sędzią i pułkownikiem (naprawdę był generałem UB, ale rodzina wolała się tym nie chwalić), to przecież nie krępowała się angażować go do pomocy przy robieniu porządków. Miał niecałe siedemdziesiąt lat i był silny, jak byk.
    Nieraz, gdy walił na podwórzu trzepaczką po dywanach, podniecona obserwowała zza firanki jego wielkiego, trzęsącego się w portkach od dresu, kutasa.
    Wiecznie kwękający hipochondryk, Jan, też był silny, ale miał lewe ręce do roboty. Natomiast kulawy Wiktor, któremu kapo połamał ręce kołkiem (i drugiemu Żydowi z Krakowa), oraz jej “ślubny śledziennik” - jak nazywała Teodora - nie nadawali się zupełnie do tej roboty.
 
 Zapadał wieczorny zmierzch, robiło się mroczno, a ona patrzyła bezradnie na tę kupę śmieci nie wiedząc, od czego zacząć. Stała  dumając bezradnie nad rozrzuconymi starymi drewniakami, pałkami, pasiakami, śledziami... porzuconą resztką dobytku zagazowanych Żydów.  
 
45)     Bawiąc się bezmyślnie sznurem pereł, podeszła do wielkich drzwi wychodzących na taras ze schodami do ogrodu i wpatrywała się bezmyślnie w zachodnią stronę nieba, gdzie słońce chowało się za horyzont. Westchnęła ciężko. Potem spojrzała na wschodnią, gdzie wschodził blady księżyc, sunąc cicho, powoli nad horyzontem, wielki jak srebrna misa.
Płynął nisko nad drzewami i płaszczyznami dachów, ociężale, jakby był w ciąży. “Miesiąc w pełni - pomyślała - to dobra wróżba dla żeniących się, płodzących dzieci, rybaków zarzucających sieci, ogrodników sadzących rośliny i żeglarzy wypływających na morze.                                                                            
   Odruchowo spojrzała w stronę dalekich bloków osiedla, rysujących się światłami okien na tle ciemniejącego nieba ponad koronami drzew za rzeką.
   Nie zapalała światła, jakby chciała, żeby cienie wieczoru zakryły śmieci i szczyny na murze. Rozglądała się za jakąś miotłą; nie chcąc się przyznać przed sobą, że wolała “gnić do południa” z Żylastym trzymając go za kuśkę, niż uprzątnąć to “pobojowisko”.
Do tego specjalnego pomieszczenia, bez względu na to ile pracowało najętych bab do pucowania domu; myjąc, czyszcząc i froterując nieskazitelne parkiety, tutaj nikogo obcego nie wpuszczała – chyba, że wszystko było “normalne” i uprzątnięte do czysta. Zawsze sprzątała tu osobiście, biorąc kogoś z domowników do pomocy, żeby nikt z zewnątrz “tego” nie widział i niczego się nie domyślił.
- No, no, - mruknęła – Ależ tu bardach... Zupełny krajobraz po bitwie.
    Patrząc z niechęcią na widok walających się resztek kości z kurczaka, rybich szkieletów, pustych butelek po wódce i połamanych martyrologicznych rekwizytów udających urządzenia obozu koncentracyjnego, zaciskała zęby i czubkiem buta roztrącała ze wstrętem na boki puszki po konserwach i flaszki, żeby zrobić sobie przejście. Odwracała oczy, żeby nie widzieć tego bałaganu, jakby o tego sam miał zniknąć.
- Już dość tych wariactw, z tym coś trzeba zrobić... Nie mogła patrzeć bez irytacji na te nocniki udające hitlerowskie hełmy... Zupełne pobojowisko – myślała z odrazą.
- Takiego burdelu nie zostawiliby po sobie nawet bolszewicy – sapała ze złości.
  46) Myśląc o “Krajobrazie po bitwie”, miała na myśli  “ostatnią bitwę”, jaką tu przeprowadzali: Teodor, Jan, Marek-Józef i Wiktor - z Żylastym, pełnym hitlerowskiej wściekłości i buty; reprezentującym per procura (na potrzeby kombatanckiej psychodramy), znienawidzoną “płową bestię”.
    Pani Beata była w tym sporze, jak zwykle, ”arbiter elegantiarum”, choć niektórym z nich myliło się to z “arbeiterem seksuarum” i chcieli ją zaprząc do “obozowej roboty”, a wiadomo jaką robotę w obozie pełnym wyposzczonych samców może pełnić przystojna kobieta. Jednym słowem, chcieli ją zapędzić do Puffu.
Wynik ostatniej “bitwy”, tak zresztą jak wszystkich poprzednich, był starannie wyreżyserowany, więc musiał się skończyć i zakończył się zadowalającym wszystkich remisem... i wielkim pijaństwem... co po silnych przeżyciach, po “oświęcimskich torturkach” jest całkowicie uzasadnione, a nawet (z medycznego punktu widzenia) wskazane jako sposób na rozładowanie stresu, z pomocą błogosławionego działania gorzały.
 
Teodor i jego przyjaciele nazywali to “odświeżaniem obozowej pamięci”; “odnowieniem zaślubin z Auschwitzem”; “nawiązaniem znajomości z doktorem Mengele...” itd. usiłując odgadnąć, co też mogli odczuwać ssmańscy kaci podczas torturowania ludzi i jakie ich, więźniów, ominęły zakazane przyjemności. Zakazane prawem, dla nich, häftlingów, nie należących do katowskiej kasty, dysponującej pejczem, szubienicą i karabinem. Bo przecież poza tym, że mogli się podlizywać, donosić, pić z SS-manami wódkę i ujawniać winnych wykroczeń, to nie mogli zabijać i brać udziału razem z oprawcami w zadawaniu wyrafinowanych tortur, doświadczać zakazanych “boskich rozkoszy”. Rozkoszy dostępnej tylko Bogu i władcom, oraz katom, którzy im służą.
Cieszyli się jak dzieci, że uszli z rak oprawców, toteż, rozumie się samo przez się, że później mieli prawo do odreagowania w pijatyce, obozowej grozy.
I odreagowywali najlepiej jak potrafią - tańcząc nago jak Orfeusz i Eurydyka, jak Dafnis i Chloe, przebierając się za Persefonę, za Bachusa (który ich ocalił z obozowej kaźni), za satyrów, faunów i korybantów, muzykując na jakichś piszczałkach i brzękadłach, grając na grzebieniach... pijani. Błaznują z radości, że żyją! Znów mając ochotę do życia, zapominali na kilka dni oświęcimskiego koszmaru; przygotowując się na czekające ich znowu “wielkie emocje”, nowe rozkosze istnienia wpuszczane w nerwy, w postaci mrożących krew w żyłach doświadczeń, potwornych esencji wydestylowanych w laboratorium Auschwitzu.  
    Doświadczeń, dozowanych przez Żylastego i tych byłych więźniów, którzy mając wolne ręce, bo nie wiszą na słupkach, ani nie trzymają ich wkręcone w imadła, “pomagają mu w oszczędnym i umiejętnym dozowaniu “homeopatycznej” mikstury cierpienia, które jako “ludzkie i arcyludzkie” działa na nich ozdrowieńczo, przybliżając ich z każdym momentem do zrozumienia furii siedzących w ludzkiej bestii”.
   Więc i teraz bawili się w zabawy wymyślone w łagrach, dla odwrócenia przygnębiających myśli od bezsensu istnienia.
Prawdzic
O mnie Prawdzic

odwołuję te głupstwa. które poprzednio tu napisałem

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (4)

Inne tematy w dziale Rozmaitości