Prawdzic Prawdzic
308
BLOG

Żydowska kochanka

Prawdzic Prawdzic Rozmaitości Obserwuj notkę 0
Suplement 4 do odcinka  9 
 
  Pani Beata kręciła się przez chwilę bezradnie wśród rozrzuconych śmieci i stanęła zmartwiona pod “wieżą strażniczą” zrobioną z ustawionych pionowo, jeden na drugim, leżaków i ażurowych szezlongów z bambusa. Kto rozmontuje – myślała - te graty powiązane sznurkami i wyniesie na taras? Owa piramida z wiklinowych mebli, udając słupy i kratownice obozowej strażnicy, z daleka wyglądała masywnie i groźnie, jak prawdziwa budowla z Auschwitzu.
- I jak ja mam teraz, słaba kobieta dać sobie z tym sama radę? – użalała się nad sobą, stojąc z zadartą głową.
 
   Od “wieży” do drzwi i okien były rozciągnięte kolorowe sznurki, niby druty kolczaste, poza które przechodzić nie wolno. Na nich wisiały karty bristolu z napisami nagryzmolonymi flamastrem: “Achtung!Bissige Hunde!, Achtung!Totenzone!, Halt Kontrollbeamte!“ i ozdobionych piszczelami gustownej “trupiej główki”.
 
 
47)   Upiory przeszłości, czekały w uśpieniu, jednak dawały o sobie znać od czasu do czasu – skrobaniem, pukaniem w meble, popiskiwaniem, jak myszy. Tak było i teraz, gdy pani Beata czuła ich obecność przez ścierpniętą skórę - posuwała się ostrożnie w głąb pokoju, żeby ich nie zbudzić. Nie zbudzić przedwcześnie. Bo to, że przyjdą, nieuległo dla niej żadnej wątpliwości. A co więcej, sama na nie czekała.
     
     Raptem, w gęstniejącym półmroku potknęła się o miednicę (służącą za niemiecki wóz bojowy) i aż zaklęła pod nosem. 
Opierając się o “strażnicę” rozcierała sobie bolące palce u nogi, rozglądając się po “pobojowisku”. Zauważyła, że obok w pokoju pali się światło. Był to pokój z łazienką, w którym Jonasz przygotowywał gojące mikstury na swoje chore ciało. Podeszła na palcach zaglądając przez uchylone drzwi do wnętrza. Zobaczyła jak siedzi na podłodze nagi, wystawiając swoje pokryte łuszczycą ramiona, brzuch i nogi, pod lecznicze promienie lampy kwarcowej. To tu, to tam, było widać na skórze rozognione place z krwistym przesączem. Naoliwiona skóra na plecach połyskiwała rybią łuską, jakby u jakiegoś lewiatana, (chcąc mu dokuczyć nazywali go “Lewiatanem”). Z papierową torbą na głowie, w której były wycięte otwory na oczy i usta, w ciemnych okularach, wyglądał niesamowicie, jak kosmita. Siedząc przed kwarcówką z rozkraczonymi nogami, brał w palce penisa, pokrytego drobno połyskującymi łuskami jak stalowym pancerzem niby karacena i przekładał z boku na bok, by go wystawić z każdej strony na zbawienne fioletowe światło. Był gruby od guzów i twardych rakowatych narośli, aż jej skoczyło ciśnienie i z podniecenia zmąciło się w głowie. Dawno nie widziała jego członka, więc nie wiedziała, że zmiany chorobowe zaszły tak daleko.
Na widok tak wielkiego przyrodzenia, wpadła w takie podniecenie płciowe, że aż doznała mrowienia w podbrzuszu, nie zważając wcale na świętość duchownego stanu swojego syna.
 
  Jonasz tak bardzo chciał posługiwać w Kościele, być choćby księdzem prefektem, uczyć katechizmu, że na drugi dzień po wyrzuceniu z zakonu zatrudnił się nielegalnie jako wikary w wiejskiej parafii. Posługując się sfałszowaną księżowską legitymacją penitencjarną z podpisem biskupa (którą ukradł koledze), wmówił w proboszcza, że jest tym, którego mieli przysłać z kurii. Wikarzył przez tydzień, dopóki wysłannicy kanclerza nie wywąchali go w tej Pipidówce i nie wygnali ze wsi, siłą, tak że musiał uciekać przez badyle i ziemniaczane łęty w samych gaciach i duchownej narzutce.  
Z tego powodu i z powodu fizycznego cierpienia pił na umór, chodził na dziwki i był nie do wytrzymania. Musieli mu ulegać jak wrzodowi na dupie, tak im potrafił dopiec. Gdy im się naprzykrzał, że go mieli dosyć, przezywali go “Przeorem”, “Księdzem Piczkiem”, “Wikarym”, “Mnichem”, “Ojcem”, “Labusiem”, “Klechą”, “Jezuitą”, ”Pałką”, “Klerykiem” etc. etc.
 
W seminarium ukrywał swoją chorobę, jak święty Aleksy swoje wrzody i musiał się pilnować we wspólnej seminaryjnej łaźni, wchodząc jako pierwszy pod prysznic, żeby woda tuszowała zaczerwienioną skórę połyskująca liszajem - których wtedy, dwadzieścia pięć lat temu miał o wiele mniej - a wychodzić ostatni, natarty kremami, maskującymi pudrami tak, że na pierwszy rzut oka, nic nie było widać. Mimo to, musiał uważać, bo podczas wspólnej kąpieli przełożeni chcieli wybadać, który jest pederastą i jakim dysponuje męskim oprzyrządowaniem. Lekarz zakonny badający przydatność kandydatów do kapłaństwa przymknął oko na drobne krosty, które Jonasz smarował maściami i pokrywał brązową opalenizną, bo wtedy jeszcze pomagało mu naświetlanie. Potem znów się kremował, opalał na brązowo, udawał sportsmena. W środku zimy jeździł z “wujkiem” na narty do Zakopanego i wracał taki opalony, że nazywali go “Mulatem”. A on biedak w ukryciu skrobał łuski, maskował chore miejsca leczniczymi pudrami i jakoś to uchodziło uwagi duchowych kierowników, do czasu, dopóki bezpośredni przełożony nie nabrał na niego ochoty i zaczął za nim chodzić, ale Jonasz (typ niemieckiego blondyna z niebieskimi oczami) odtrącił go, pokrywając to udawaną wstydliwością i gorliwym powołaniem do świętości. To go uratowało, że nie dał się nikomu dotknąć, ani oderwać od klęcznika.
Podejrzewali, że coś z nim nie tak, ale nie wiedzieli co, chociaż jego chorobę mieli właściwie na wierzchu. Jednak mimo zastrzeżeń, że się nadmiernie izoluje od kleryckiego życia we wspólnocie, skończył teologię i został wyświęcony, bo interesował się nim watykański biskup, daleki wuj pani Beaty, a w kraju ręczył za niego papieski szambelan, monsignore w rokiecie ks. prof. dr hab.Jacenty Feliks Oprych, dając swemu przyjacielowi biskupowi, harcerskie słowo honoru, że za wszystkie łaski i splendory, przyprowadzi na łono Kościoła, chociaż jedną zbłąkaną duszyczkę. A że nie miał lepszego grzesznika pod ręką niż Jonasz, to nie jego wina. “Mieli prawdziwego wyrzutka, to mogli go lepiej szanować. To nie jego wina, że nie umieli z niego zrobić porządnego księdza” – myślał prałat – “Zmarnowali taki pierwszorzędny materiał na kapłana! – ubolewał nieraz - Trzeba było go awansować, bo to zdolna bestia, kaznodzieja w dawnym stylu! Lepszy od Skargi i księdza Baki”. Teraz miałby z kim popić, jak ksiądz z księdzem.      
Prawdzic
O mnie Prawdzic

odwołuję te głupstwa. które poprzednio tu napisałem

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości