Suplement 5 do odcinka 9
Z obawy, że ją ktoś może zobaczyć, stanęła w mroku za “wieżą” chwytając nosem ciągnący się odór spalanego naskórka w promieniach ultrafioletu. Z miejsca gdzie jej syn “smażył” chore ciało, z nadzieją pozbycia się bolesnych liszajów, dochodziły szlochy i przekleństwa.
Jak wiele byłych więźniarek, pani Beata wyniosła z obozu kompleks reagowania seksualnym podnieceniem na widok kalectwa i cierpienia. W Auschwitzu najsilniejszych orgazmów doznawała kochając się na sekcyjnym stole w kostnicy, tak jak inne kobiety kopulujące wśród rozkładających się ciał nieboszczyków, doznawały najgłębszym orgazmów. Patrząc na oszalałe zboczenia płciowe owrzodziałych ludzkich wraków, szukających rozkoszy “pięć minut przed śmiercią”, zrozumiała, że orgazm i światło życia w oku, to jedno i to samo.
Gdy sama, bliska śmierci, często myślała, że już sama musi żegnać się z tym światem, odczuwała najpełniej rozkosz płciową i myślała najjaśniej o istocie życia jako transcendentalnej kopulacji, która jest nieśmiertelna!
W zetknięciu z makabrą młodzi ludzie doznawali boskich ejakulacji i stąd u nich na starość ciągła nostalgia za tym “utraconym rajem”, pasiastym “ogrodem rozkoszy”.
Wskutek zaostrzenia się dolegliwości i pojawiania się nowych ropiejących skaz, Jonasz musiał coraz częściej odprawiać “swoje nabożeństwa”, jak się szyderczo wyrażał o świetlnej terapii.
Siedząc nago na kupie śmierdzących ropą bandaży, niczym biblijny Hiob zdrapywał ze skóry, skorupą rozbitego talerzyka, “rybie łuski” gnijącego naskórka wraz z krwią i cuchnącą wydzieliną, przeklinając swój los.
Stała wyprężona jak struna, w stronę świetlistej szpary w drzwiach, skąd wionął zapach spalenizny włosów i skóry, podobna do węszącej hieny. Wciągała swąd rozszerzonymi nozdrzami, aż poruszały się rytmicznie zmysłowe skrzydełka jej rzymskiego nosa.
Poczuła się jak w obozie, gdy wychodziła na drogę prowadzącą do krematorium i długo stała, patrząc jak zahipnotyzowana na rudy dym buchający z komina, wdychając trupi odór spalenizny. Wyobrażała sobie, że wchłania w siebie, niczym boska istota, te tysiące ulatujących z dymem, już martwych, ale jednak - zawsze to lepsze niż nic – ludzkich istnień.
Aż zaniepokojone współwięźniarki, szukając jej po obozie, musiały ją przyprowadzać do baraku siłą i przywiązywać do pryczy, bo mówiła, że chce tam zostać, że chce tam pójść, że podnieca ją zapach pieczeni z ludzkiego mięsa, bo jest to najpiękniejszy zapach świata. Dopiero polski Żyd, krakowski psychiatra, wyżebrał dla niej jakieś proszki, od swych niemieckich felczerów i przestała chodzić, a w każdym razie już nie chodziła tak często, narażając się niepotrzebnie, że ją jakiś, pijany hitlerowiec zgwałci i wrzuci do pieca. Tym bardziej, że nie wyglądała tak jak dzisiaj, jak barokowy jasnowłosy anioł, lecz była wygłodzoną, smagłolicą Żydówką, z wiecznie rozczochranymi, upodobniającymi ją do wiedźmy, czarno-rudymi kudłami. To było niebezpieczne, bo wyglądała podniecająco jak wychudzona od rui suka tak, że niejeden SS-man oblizywał się na jej widok jej suchego, apetycznego, jak u dorastającej dziewczynki tyłka... a gdyby tak się stało, żeby ją posiadł, to mógłby ją potem zastrzelić jak inne dzieci... i wrzucić do pieca.
48) W Teodorze zakochała się dla “oszałamiającego” (jak najlepsze perfumy) trupiego odoru krematorium, bowiem z racji służbowego bywania w “spalarni”, tak wspaniale “trupem śmierdział”, że aż ją z podniecenia bolało w podbrzuszu. Jako kierownik i buchalter, dozorował z ramienia kancelarii “ruch osobowy nieboszczyków”, robiąc jakieś poufne sprawozdania, wykonując kolorowe tabele, dane statystyczne, dokonując obliczeń, ważnych dla usprawnienia budowy fabryki syntetycznej benzyny w Monowicach, których krematoria były niezbędnym uzupełnieniem. Tak jak dzisiaj uzupełnieniem procesu produkcyjnego hut i kopalń, niszczących życie robotnika, są cmentarze.
Gdzie go tylko zobaczyła, tam gnała zaraz, żeby rozkładać przed nim nogi. Żal jej było każdej minuty życia bez orgazmu.
Aż się gorszyli porządni SS-mani pokazując ją sobie palcami, że “się goni jak suka”, współczując Teodorowi, że “nie może babie wygodzić”. Byli tacy, którzy z litości chcieli go przenieść do innego obozu, a nawet ją zastrzelić, “Messalinę”, żeby dała “chopu” spokój. Ale jego bezpośredni przełożeni, uśmiechając się pobłażliwie, przymykali oko na romanse swych pupilów, więc i Teodor miał możliwość spędzać z nią “godziny miłości”, w służbowej izdebce, “za czopuchem” komina, znajdującej się nad paleniskami krematoryjnego pieca. To właśnie tam spłodzili Jonaszka baraszkując w zimowe mroźne noce na wygrzanej polepie i jest w tym coś symbolicznie optymistycznego, że ciała umarłych przysłużyły się swym ciepłem w stworzeniu miłej sposobności do spłodzenia nowego życia. Niby nic a wiele, bo gdyby trzeba było zapłodnić choć jedną kobietę na wymarłej i wyziębłej planecie, to warto by zapalić w izbie wszystkimi szczątkami nieboszczyków, żeby ogrzać jej łóżko.


Komentarze
Pokaż komentarze