Prawdzic Prawdzic
399
BLOG

Żydowska kochanka

Prawdzic Prawdzic Rozmaitości Obserwuj notkę 0

Żydowska kochanka

Odcinek 10
 
    Pani Betusia stała nad tym bałaganem, nie wiedząc co począć.
   Wtem, w tak niespodzianie odnalezioną znajomą atmosferę przeszłości, wdarł się trzask gwałtownie otwieranych drzwi na dole i zbliżający się po schodach tupot drewniaków.
 
To wbiegł Marek-Józef, obozowy lekkoduch, czaruś i mamtowdupiarz, znany w całym Auschwitzu flirciarz i bawidamek.
 
Smagłolicy, przystojny mężczyzna: proste lekko siwiejące na skroniach włosy, inteligenckie wypukle czoło, bystre oczy, pociągły kształt twarzy, po którym wcale nie było widać podeszłego wieku... tym bardziej, że był łudząco podobny do redaktora Giedrojcia z Paryskiej “Kultury”, a ten typ, jak wiadomo, bardzo długo zachowuje oznaki młodości i wigoru. Umiał tak znacząco spojrzeć na kobietę, spod krzaczastych brwi swymi zimno–stalowymi oczami, że niejedna byłaby gotowa oddać mu swoją emeryturę.
 
      Dwoje imion otrzymał po skłóconych ideologicznie rodzicach. Był synem przedwojennego marksisty, Nadziei-Wrońskiego (“Nadzieja”, to przydomek szlachecki) i Salomei, z domu Lubas. Ojciec, dał mu w urzędzie stanu cywilnego imię Józef, na cześć Stalina; Matka katoliczka dała mu na tajnym chrzcie świętym imię Marka Ewangelisty.  
 
     Do Auschwitzu dostał się wraz ze swym pryncypałem, żydowskim, lewicującym adwokatem, u którego był subalternem. Niemcy aresztowali ich za sporządzanie fikcyjnych aktów notarialnych żydowskich darowizn i testamentów dla katolickich dzierżawców i plenipotentów. “Akty kupna-sprzedaży” żydowskich majątków          były fikcyjne i zawierały między wierszami niedopuszczalne sformułowania prawne. Były tam jawne podrabiane testamenty, przekręty i brednie dotyczące przywłaszczenia cudzych kamienic, nie mówiąc już o próbach ominięcia niemieckich przepisów dotyczących konfiskaty żydowskiego mienia. Toteż wpadli, kiedy Niemcy zrobili “kocioł” w gmachu sądów przy Grzybowskiej.
 
      Byłby rozstrzelany i bez tych przekrętów, bo nazwisko jego ojca znajdowało się na liście poszukiwanych przez Gestapo, ale przed natychmiastową rozwałką w Palmirach uratowało go zaświadczenie chrztu, w którym miał wypisane panieńskie nazwisko jego matki i jako “Lubas” doczekał wyzwolenia lagru.

   Pani Beata uskoczyła w ostatniej chwili, kryjąc się w cieniu “strażnicy”, gdy Józef wpadł do salonu szukając schronienia. Był wystraszony i trząsł się na całym ciele. Stanął w otwartych drzwiach nie zapalając światła i wstrzymując zadyszany oddech postąpił pół kroku, ostrożnie. Strzygąc uszami nadsłuchiwał chwilę, jakby wyczuwał instynktownie czyjąś obecność w półmroku. Rozglądał się trwożnie, poczym tknięty jakimś przeczuciem, podbiegł do kontaktów zapalając światło. Zobaczywszy ją nagle przed sobą, stanął jak wryty wytrzeszczając oczy - ale tylko na moment stracił rezon.
 
       Zaraz odzyskał mowę, opanował nerwy i zadyszkę. Blady z przejęcia, z włosami “zjeżonymi na wilka, wydzierał się trzęsącym głosem, że wszystkich ich czeka “marny widok”, bo zapomnieli o tym, co najważniejsze.
 
     Pani Beata, jeszcze go w stanie tak ostrej psychozy nie widziała. Pomyślała, jak zawsze w takich razach, o podręcznej apteczce, w której trzymała na taki wpadek, silne środki uspakajające, pozwalające na doraźne opanowanie szałowego ataku do czasu przyjazdu karetki pogotowia.
 
 Lubas tupał i darł się jak opętany, że zaraz przyjdą hitlerowcy, żeby ich rozstrzelać. Wołał obozowych towarzyszy, żeby mu przyszli na ratunek.                     
- Janie! “Iwanie”, “Waniuszka”... - wołał dystyngowanego reżymowego dyplomatę, do którego zwracano się per panie “Ambasadorze”.    
- Teodorze! Wiktorze! Przybywajcie! - krzyczał na całe gardło - Ratunku! Hilfe! Ratunku!                                                       
- Czy w tym domu nie ma nikogo, gdy potrzeba? - pytał retorycznie.       
 
Na jego okrzyki wchodzili zaniepokojeni przyjaciele, dopytując się co się stało.
  
Okazały Jan, wypasiony jak tucznik, zdawać by się mogło, krew i mleko, ale tylko na oko, bo w jego nalanej cerze było coś trupio-żółtego, co połyskiwało niezdrowo wokół napuchniętych oczu i przebijało przez skórę. Wszedł dostojnie jak chiński bonza (nazywali go „Mandarynem”), spoglądając na Wrońskiego z ironią i wyższością. Kontrast między nimi był ogromny: Józef trząsł się jak łachman, podczas gdy Jan wyglądał chorobliwie kwitnąco, gdy jego miękkie cielsko przelewało się jak woda, pod woskowatą skórą. W jedwabnej bonżurce; z filiżanką w ręce i serwetką zatkniętą fantazyjnie w rozpięty kołnierz eleganckiej koszuli. Wielki łeb wygolony na łyso jak u Buddy.
 
49)   Wiktor przykuśtykał zapominając laski, trzymając w zdrowej ręce niedojedzoną kanapkę na talerzyku i zaniepokojony dopytywał się, co się stało.                                                     
- Dlaczego krzyczysz? Wszyscy jedzą podwieczorek... - Jan próbował się czegoś dowiedzieć i wprowadzić trochę ładu.
 
Ład i porządek cenił nade wszystko. Przede wszystkim podkreślał, że w Auschwitzu bili, ale regulaminowo... “Bili bo musieli dbać o porządek” – zwykł nawiać.
 
47)  Rosyjskich łagrów nie cenił właśnie za to, że “chociaż bili, usiłując wprowadzić trochę kultury, to jednak mieli brud za paznokciami i papiery w żydowskim bałaganie”. ”Nawet ruskie wszy były bardziej niechlujne od niemieckich” – cedził z satysfakcją, flegmatycznie. “Wszy żydowskie szwędały się po obozie jak pijane kurwy. Nastomiast hitlerowskie na rozkaz ustawiały się karnie w ordynku”.
  
      Zresztą w Auschwitzu wszy nie widział na oczy, bo jako przyjaciel kulturträgera Alfreda Krolla, mieszkał w ciepłym pokoju z łazienką i mydła z wazeliną miał pod dostatkiem. Tam nabył upodobania do wyższej europejskiej kultury sypiając w jedwabnych piżamach ze specjalnymi wycięciami na “dupci.
- Od niemieckiej kultury lśniły wychodki! Ruscy bili, nie dając nic w zamian, żadnego porządku. Nie ma prawa bić – mawiał – ten, co sam ma nie wyczyszczone buty.
Prawdzic
O mnie Prawdzic

odwołuję te głupstwa. które poprzednio tu napisałem

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości