Suplement do odcinka 10
Janowi bardzo odpowiadał paramilitarny rygor kacetów, to całe stawanie w wojskowym ordynku, “melduję posłusznie”, “tak jest panie władzo”, wzywanie do raportu, składanie meldunków, walenie kopytami w rytm tarabanów, słuchanie knechciarskich komend.... to jego marzenie. Często przypominał swoim niewdzięcznym kolegom, niemieckie zasługi: ”Od niemieckiej kultury lśniły wychodki” - powtarzał z lubością.
„Od niemieckiej pracowitości uczyliśmy się wszystkiego od podstaw. Tam nauczyłem się krawiectwa, cholewkarstwa, ślusarstwa, stolarstwa i kaletnictwa artystycznego. Dzięki temu nabrałem szacunku do siebie, do ludzi pracy i pojęcia o życiu uczciwym - bo przed wojną byłem pasożytem i nie umiałem nic. Nic prócz głosowania na listę BBWRu i śpiewania „Jedzie, jedzie na kasztance...”.
Jan uwielbiał „ordnung”, bo od dzieciństwa, jak każdy Poleszuk był wychowywany w gnoju i wszawicy ukraińskiego środowiska, gdzie świnie wychowywały się wraz z dziećmi na pobliskim uroczysku, a starzy leżeli całymi dniami na piecu, pijani.
Dlatego kochał się w wojsku i już jako czternastoletni junak szkoły podoficerskiej, zetknął się w nim z wodą, mydłem, grzebieniem i nareszcie pozbył się robaków.
„Gdybym się urodził wcześniej, zostałbym ułanem – pisał we wspomnieniach - jak mój ojciec, rotmistrz Onfury Kukufat – dwojga imion –Przeherski. Herbu Ostoja” – dodawał z godnością.
„Mój ojciec poległ za umacnianie polskości” - pisał w ankietach po 1989 roku, domagając się od państwa polskiego odszkodowania za majątek utracony za Bugiem”.
Matka zmarła w kołchozie „Krasnaja kurica” od roboty przy darciu pierza na akord, a mnie wywieźli na Powołże – pisał, co akurat było prawdą.
„Mego ojca legionistę, kresowego osadnika wojskowego, gospodarującego na gospodarstwie wysiedlonego białoruskiego chłopa, wykończyli Sowieci po zajęciu Polesia przez Armię Czerwoną” – pisał w życiorysie przerabianym po zwycięstwie obozu „Solidarności”.
Nie było w tym nic dziwnego, bo wszyscy, z urzędnikami ministerstwa spraw zagranicznych na czele, masowo przerabiali swoje życiorysy, przyznając się do żydostwa, do współpracy z „reakcyjnym podziemiem”, szczycąc się pochodzeniem z ziemiaństwa, wracając do wstydliwie ukrywanych szlacheckich nazwisk i paranteli. Im większa kanalia, potomek targowiczan, agentów Ochrany, donosicieli Gestapo, szpiegów CIA i zachodnich wywiadów... w tym większej chodził estymie i zażywał większej glorii. Współpracą z Gestapo i CIA chwalono się na wyścigi!
„Przehera Ostojski”, jak przekręcani złośliwie jego nazwisko, usiłował, jak to miał w zwyczaju, ględzić o wyższości niemieckiego porządku nad bolszewickim nieładem, ale Józef-Marek nie dopuścił go do głosu, krzycząc, że oni żrą tu podwieczorki, kolacyjki, urządzają wieczornice... planują wesela... a tymczasem powolutku otaczają ich byli SS-mani udając dobrodusznych turystów.
Wystraszony, spoglądał na nich błędnymi oczami, a oni odsuwając się od niego przyglądali mu się jakby ujrzeli upiora. Czuli, że mówił prawdę, ale cóż mogli zrobić?
- Kochacie się! – wypalił ni stąd ni zowąd, widząc wchodzącego Tomasza - jakbyście już zapomnieli, że po ulicach chodzą wasi zabójcy i oprawcy. Zapomnieliście już o nich, ale oni tu przyjdą, kiedy będziecie spali, przyjdą nocą was zabić. Nasi dręczyciele! - krzyczał bezładnie w ich zdumione oczy - Ale wy nie chcecie o tym myśleć, zdrajcy! -
- Uspokój się. Nikt tu nie przyjdzie - przekonywał go „Ostoja”, siląc się na uprzejmość, lecz był wściekły, że mu przerwano jedzenie o ulubionej porze.
- Przyjdzie, bo ciągle myślicie o żarciu – Józef rzucił złośliwie.
- Myślimy, bo venter cerat auribus! Brzuch nie ma uszu! – odparł Jan bezosobowo, zwracając ku niemu maskowatą twarz Buddy, pozbawioną testosteronu.
- Dajcież mu powiedzieć, co się stało – Glickman prosił o ciszę.
- Znów spotkałem “naszego” SS-mama! Oto co się stało! – wybuchnął “Twardy”
- E tam – Jan machnął ręką bagatelizując sprawę -Musiało ci się przewidzieć Józiu.
- Nie. Tym razem nie miałem przywidzenia. Był podobny do kogoś kogo dobrze znam, ale nie mogę sobie przypomnieć... jak się nazywa – twierdził posługacz z krematorium, a wszyscy spojrzeli po sobie, niepewni czy znów bredzi, co mu się zdarzało w nawrotach poobozowej paranoi.
- Do kogo miałby być podobny? - powątpiewał Ostoja-Przeherski.
- Przypomnij sobie, do kogo był podobny... – prosił Wiktor - Nota res mala optima! Dobrze jest gdy się zna zło!
50) Ale Józef nie mógł sobie przypomnieć pomimo najlepszych chęci. Pocił się z wysiłku wodząc błędnym spojrzeniem po zebranych.
- Był podobny do kogoś z „naszych Niemców”... Wiecie przecież jak było, że „nasi SS-mani” byli przemieszani w „obcymi gestapowcami”, jak groch z kapustą. Często „nasi” to byli „obcy”, a „obcy” byli „nasi”. Przecież takie „przeplatanki”, gry i układy, były warunkiem przeżycia. Na kogóż mogłeś liczyć, jeśli nie miałeś kochanka w Gestapo? Z kolei Gestapowiec nic nie wiedział, co się dzieje w jego rewirze, jeśli mu zaufany więzień nie powiedział. Tak samo jak u nas na wolności. Staram się przypomnieć nazwisko, ale nie mogę. Wiem tylko, że przypominał mi kogoś mi bliskiego.


Komentarze
Pokaż komentarze