Prawdzic Prawdzic
232
BLOG

Żydowska kochanka

Prawdzic Prawdzic Rozmaitości Obserwuj notkę 0

Suplement 2 do odcinka 10
 
Wszyscy spoglądali po sobie zażenowani, w zdumieniu.
- Czy to się nigdy nie skończy? – żalił się Józef płaczliwie.
- Nikt tu nie przyjdzie! - uspokajał go Glickman-Starski - On ci już nic nie może zrobić, choćby chciał. Zwykle po latach, sprawcy wracają na miejsce przestępstwa, dlatego tylu SS-manów się włóczy jako turyści po ulicach Gdańska, Warszawy czy Krakowa, ale to już tygrysy bez zębów!
 
      Jan również lekceważył sprawę: Nie bój się Józefie... Nikt tu nie przyjdzie...
- Nic się nie bój Józefie!.. – Wroński przedrzeźniał Jana szyderczo.                     
– Nikt nie przyjdzie? – powtórzył, drocząc się z nimi z drwiącą swadą - A właśnie, że przyjdzie! Dlatego żeście zapomnieli! Już nie boją się bolszewików, bo ich nie ma. Dlatego byłem przeciwny wyprowadzeniu z Polski Armii Czerwonej. Niemcy tylko Ruskich się boją, tylko ruski but na niemiecką dupę.
 
      Przedwojenny adwokacki koncypient patrzył z satysfakcją na ich skonsternowane miny, jak stoją bezradnie nie wiedząc powiedzieć, dopóki nie wszedł zwabiony hałasem, jak zawsze elegancki, pan Teodor. Sybaryta w każdym calu dbały o decorum, śpieszył żeby zażegnać spór między przyjaciółmi, lub pomóc w jakiejś trudnej sprawie. Teraz też gotów do pomocy - były Chiev–verwaltung brygady obozowych łapiduchów - pytał co tak wzburzyło Józefa, “drogiego przyjaciela”: Cóż to za hałasy?
- “Mamtowdupiarz” znowu się boi naszych gestapowców – oznajmił Wiktor.
– Dlaczego tak krzyczysz “Joziu”? – zatroskał się pater familas.
 
 50)   On jeden, prezes domowego klubu kombatantów - charyzmatyczny przywódca watahy obozowych drapieżników - zwracał się do Lubasa, tak jak wołali na niego SS-mani, naciskając z niemiecka: ”Joziu”. A kiedy byli sami, to nawet: ”Ty obciągaczu SS-mańskich fiutów”.
- Dlaczego się wydzierasz? – pytał zaniepokojony stanem adwokackiego dependenta – Uspokój się kochany. Hałas szkodzi trawieniu.                                                          
 
       Pani Beata rozumiejąca się z mężem bez słów, spojrzała na niego wymownie, żeby zadzwonił po doktora.                                 
Gdy Jan to zauważył, twarz mu zajaśniała promiennym uśmiechem. Lubił te chwile, kiedy jego rywal o fory gospodarzy, klął i rzucał maciami, a potem trzęsąc się jak pytel, jechał w kaftanie bezpieczeństwa do kliniki dla sfiksowanych prominentów.                                                                  - Nie bój się. Nikt nie przyjdzie cię zabić – mówił dzwoniąc o filiżankę srebrną łyżeczką – Najwyżej, he he, sprawi ci lanie...- “pocieszał” go obłudnie.
- A przyjdzie, przyjdzie...- zaperzył się były audytor wojskowy, były komisarz Dąbrowszczaków w Czerwonej Hiszpanii, były współpracownik pułkownika Światło, były sędzia, były...
 
       Ach, kim on w swym pełnym aktywności życiu nie był! Nie przypadkiem poszukiwało go Gestapo. W kartotekach Schupo znajdowało się jego zdjęcie, na którym stoi na trybunie za generałem “Walterem” i Dolores Ibarruri, podczas defilady Brygad Międzynarodowych, nad rzeką Ebro w Czerwonej Hiszpanii. 
 
– On, ten “Es” zaraz tu przyjdzie... – skomlał Józef - Przyjdzie, dlatego że urządzacie bibki, że się bawicie w ciuciubabkę... – zazdrośnie wypominał im sekretne zabawy – dlatego, że hodujecie kwiatki i kochacie się, aż mdli... - krzyczał w napadzie panicznego strachu.                 
 
     Tu już pani Beata poczuła się dotknięta do żywego: “Któż tu się tak, twoim zdaniem, kocha? Kogo masz na myśli? Myślałby kto, że tu się o niczym nie myśli, tylko o kochaniu. Zastanów się co mówisz!                                             
- A właśnie, że tak! Stoi wam to ciągle na myśli, żeby użyć sobie jak najwięcej, hedoniści! A właśnie, że tak!, bo już nie pamiętacie wyglądu jego twarzy! - atakował ich Józef- Marek.                    
– Dobrze ci tak, nie trzeba się było włóczyć po nocy. Nie miałbyś przywidzeń, “Joziu”, gdybyś siedział w domu – przyganiał mu Teodor.                                                                           
- Czyjej twarzy do diaska? Gadaj kogo widziałeś – zaniepokoił się Wiktor, chwytając “Patrona” za rękę, żeby dopuścił „Wronę” do głosu.
 
“Twardy” o fanatycznej, suchej twarzy psychotyka, blady z emocji bełkotał bez ładu i składu, z którego domyślili się, że widział przed chwilą na ulicy, tego ober-drania, tego przeklętego gestapowca... ober-kata, Obersturmführera... –
Zapluwał się w bezsilnej złości, aż dostał bełkotliwej mowy i nic nie można było zrozumieć z jego nieludzkiego “gęgłania”.                                                                                                
 
- Opanuj się! – prosił Glickman: - Ne Casear quidem supra grammaticos! Nawet Cezar musi poddać się regułom gramatyki. Przestań bełkotać, bo ci zrobią elektrowstrząsy!                                              
Prawdzic
O mnie Prawdzic

odwołuję te głupstwa. które poprzednio tu napisałem

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości