Odcinek 11 – powrót Polifema
51) Przykro było patrzeć, co zrobiła obozowa nerwica z tego uroczego, pełnego swady, znającego zasady retoryki klasycznej, wykształconego człowieka.
- Ale powiedz, którego z naszych SS-manów, widziałeś? - dopytywał się z niepokojem nobliwy pan Teodor, o wyglądzie wypielęgnowanego biskupa.
- Gdzie to zapisać, że szanowny pan profesor, magnificencja, minister i radca... - ironizował “Mamtowdupiarz”, wypominając przyjacielowi wszystkie zaszczytne tytuły i pełnione funkcje – ...co się to stało, żeś nareszcie wielmożny pan zainteresował się tym, że hitlerowskie szpicle chodzą po ulicy i przyglądają się nam zza węgła?
- Nie kpij, tylko gadaj, kogo widziałeś? – powtórzył pytanie prezes domowego koła kombatantów, głosem zdradzającym oznaki zdenerwowania.
- Widziałem “Polifema”, jak się kręcił wokół naszego osiedla – “Hiszpan” przypomniał sobie ksywę, jaką nadali Hermanowi Günterowi, dlatego że lubił niczym mityczny heros odzierać więźniów ze skóry. Potem zanosił ją do obozowych białoskórników, a oni szyli z niej wspaniałe rękawiczki.
- Nie przywidziało ci się? Widziałeś “tego Polifema”?
- Tego samego, z Geheime Feldpolizei w Katowicach, oddelegowanego do Auschwitzu, w celu rozpracowania obozowego Ruchu Oporu.
- Żywego? – syknął Teodor, spoglądając po wszystkich z niedowierzaniem, żeby potwierdzili, że się nie przesłyszał.
Jan z Wiktorem spuścili oczy i mieli miny, jakby ta wiadomość ścięła ich z nóg.
- Widziałem go przed chwilą, jak teraz ciebie - upewniał go były obozowy palacz z krematorium - Nihil supra! - jak wy to mówicie: - Nic ponadto!
Zapadła chwila przykrego milczenia, nie wiedzieli, co na to powiedzieć...
- Ale ja go widziałem! – upierał się Józef.
Zapadła chwila przykrego milczenia, nie wiedzieli co na to powiedzieć...
- To niemożliwe – odezwał się wreszcie „Prezes” kółka kombatantów.
- Antiquus amor cancer est! – rzekł Wroński - Stara miłość jest jak rak! – powtórzył po polsku - Więc i „nasze Szkiebry” powoli wracają ze swych nordyckich mateczników, na tereny swych niegdysiejszych łowów na Wschodzie.
- Przecież niektórzy z nich pozostawiali tu swoje kochanki - przyznał ktoś półgłosem - swoje morganatyczne, spłodzone z kobietami podbitych narodów dzieci, swoje cenne, pochowane po kaflowych piecach staromiejskich kamienic, zakopane po piwnicach cenne łupy. Zrabowane z antykwariatów książki, stare obrazy i klejnoty.
- Twoja obawa, Teodorze – Józef zwrócił się „Preceptora” - przed „Horror wacum Auschwiceam”, którą chciałeś zapełnić chwalebną pamięcią o nas, w sytuacji gdy po zwycięstwie „Solidarności” (żeby nie drażnić niemieckich sąsiadów), zakazano przypominać o ofiarach kacetów, okazała się absurdalna - bo „natura”, w tym również „natura Auschwitzu”, nie znosząc próżni, zamiast o nas, ofiarach pomijanych zmową milczenia, zapełnia się chwalebną pamięcią o naszych oprawcach, którzy zażywają „zasłużonej” sławy pogromców żydowskiego motłochu i słowiańskiego bezhołowia.
- Teraz byli SS-mani, obrońcy światowej kultury, doznają uznania za wykonanie niewdzięcznej roboty cywilizowania słowiańskiej dziczy - kontynuował Starski - Przecież to dzięki wywołanej przez nich wojnie, miliony sowieckich kałmuków podczas przebywania na terytorium okupowanych Niemiec, mogły po raz pierwszy zobaczyć kolej, maszynę do szycia, radio i zegarek. Tak jest, SS-mani zażywają estymy u młodych pokoleń – mówił do zdumionych starców - Jakże może być inaczej, skoro dla młodej polskiej inteligencji, faszyści jawią się jako pogromcy bolszewizmu i krzewiciele zachodniej kultury. Przystojni i schludni SS-mani opanowali naszą świadomość narodową do tego stopnia, że ukazują się nam jako wytworzone przez naszą zbiorową psychikę ich złowrogie fantomy - niczym święty Sebastian i Ambroży dewotkom w ekstazie.
Doktor Goebels ukazuje się nam z zaświatów i mruga porozumiewawczo okiem niczym doktor anielski; może sobie pogratulować zwycięstwa zza grobu, bo jego ofiary się trzęsą ze strachu, natomiast ich dzieci zapominając o krzywdach rodziców, bratają się z ich prześladowcami za paręset marek stypendium. Znam takich wykształconych, młodych Polaków, którzy jeżdżąc na Saksy, plują na ofiary Oświęcimia, żeby ich zatrudniono u bauera przy wyrzucaniu gnoju.


Komentarze
Pokaż komentarze