Suplement do odcinka 11 – ciąg dalszy jątrzenia
Józef widząc ich zakłopotanie, jątrzył prowokacyjnie tę ropiejącą ranę: – Dzisiejszy student woli za parę marek pocałować Niemca w dupę niż polaczka w pysk! A winni temu są nasi zidiociali nauczyciele, tacy jak ty, Teodorze i twoi koledzy w gronostajach, którzy za takie wychowanie młodzieży, powinni pójść do Auschwitzu – mówił mściwie.
Profesor kręcił z niedowierzania głową, poprawiając złote okulary i powtarzając, że to musiało być przywidzenie: „To niemożliwe żebyś go widział żywego... Przecież wiecie kto i kiedy zapewniał mnie w Berlinie, że mu skręcono kark, a wraz z nim ukręcono łeb całej sprawie”. Już nie będzie komu węszyć, gdzie się podziało kilkadziesiąt tysięcy karatów w oszlifowanych brylantach, sto osiemdziesiąt kilo złota i walizka platyny – konspiracyjnym półgłosem przypominał fakty z ich zamierzchłej, obozowej przeszłości. Dotąd wierzyli w niemiecką solidność i oficerskie słowo honoru, bo mieli obiecane, że Hermana już nigdy nie zobaczą na oczy i że nie muszą wracać do tego tematu, mogą spokojnie zapomnieć to przeklęte nazwisko... aż do dziś, dopóty Józef nie zbudził robaka podejrzeń.
- Niestety „Mecenasie” – Wroński zwrócił się do Teodora – Nie skręcono mu karku, bo CORNIX CORNICI NUNQUAM CONFODIT OCELLUM. Kruk krukowi oka nie wykole – rozkoszował się mimo woli melodyjnością łacińskiej frazy.
- Trzeba to było zrobić samemu, jak wtedy radziłam, w Auschwitzu – odezwała się złowrogim tonem pani Beata.
- Oto teraz są skutki waszego: ”Negligentia diligens”! Starannego niedbalstwa! – tu Wiktor włączył się do krytyki pana Komuszki i Józefa, jego obozowego pomocnika, drwiąc z ich rzekomej klasycznej sumienności i historycznej przezorności, wytrenowanej na Plutarchach, Pliniuszach Starszych i Tukidydesach.
52) Jan słuchał w zdumieniu, co mówią, przysuwając się kolejno od jednego do drugiego, przypatrywał im się nieruchomym wzrokiem jedynego, zdrowego oka (bo drugie miał pokryte bielmem), nadającym jego kamiennej twarzy, jakiś „kanciasty” wygląd trupio-bladego kameleona. Nie będąc pewien czy dobrze słyszy, „badał” ich, przewiercając każdego z osobna jedynym zdrowym okiem (jakie mu pozostało), jakby go widział po raz pierwszy w życiu. I upewniał się z każdą chwilą w podejrzeniu, że go okłamywali całe lata.
Dowiadując się po latach szczegółów, jak to było z tymi żydowskimi brylantami i złotem, był coraz bardziej oburzony na byłego kapo-mana, tego „kurdupla” - Teodora, za polityczną krótkowzroczność „wobec tego, co się może wydarzyć w przyszłości”. No, się wydarzyło! Trzeba lepiej ukryć te prekolumbijskie wyroby ze złota!
– Tak jest - wzburzony poparł Wiktora - to przez waszą lekkomyślność, z której obaj z Józefem jesteście znani – sarkał na „Todosia” - teraz możemy stracić łupy. Bo skąd możemy wiedzieć, czy ten rudy fryc nie przyjechał po oświęcimskie złoto? Woleliście pić i barłożyć z kurwami, zamiast samemu zadbać o staranne wykonanie wyroku. Trzeba było od razu samemu za jakimś wychodkiem pozbyć się tego szwabskiego rysikudły! Zamiast pilnować interesu, wolałeś urządzać jakieś polityczne imprezy i poić Niemców wódką, a tymczasem inni sprzątnęli nam sprzed nosa lwią część złotego towaru.
- A dyć, Jasiu, nie gadaj, nie gadaj – mitygował go „Prezes” bawiąc się szelkami na brzuchu – Całkiem sporo dla nas zostało.
- Tak, ale nie na tyle, żeby zakładać banki w Malezji, albo kupić kopalnię miedzi w Chile. Nie dość nawet, żeby żyć dostatnio w Dawos, bo cóż to dzisiaj są warte te marne miliony dolarów – żalił się „Ropuch”
- Dziś, żeby coś znaczyć, mieć zabezpieczenie na przyszłość, trzeba mieć miliardy – ocenił rzeczowo.
- Nie przesadzaj doktorze... – tłumaczył się Teodor rewerując Jana snobistycznym tytułem, w zamian za tytułowanie go magnificencją – Zresztą nie tylko ja miałem pilnować tego „złotego interesu”, ale, jak pamiętasz, to Józef był głównym podskarbim naszej czwórki i on za to odpowiada.
- I to był nasz błąd – pienił się Jan – żeśmy mu powierzyli tak ważne zadanie, bo to przecież kurwiarz i „mamtowdupiarz”. Bez przerwy grzmocił jakieś cycate, niewyżyte SS-manki! I to się teraz mści!”
- Jakże mogliśmy to zrobić? Jakże mogliśmy zabić wysokiego funkcjonariusza Gestapo? Wyrok na niemieckim oficerze, mógł wykonać tylko niemiecki oficer! I tak zrobiliśmy dużo, żeśmy go oskarżyli o szpiegostwo - tłumaczył się „Ober-kapo”, jak nazywali Teodora, zgodnie z obozową nomenklaturą.
– Zrobiliście dużo... - wybuchnął Jan - Dbając o własne dupy! –
Fuczał oburzony, ale widząc złą minę byłego obozowego fachmana, zaraz przestał.
- Nie wściekaj się, Jasiu – łagodził profesor nieprzyjemne spięcie - bo do końca nie wiemy kim był naprawdę. Być może, przez nieporozumienie, doprowadziliśmy do stracenia „naszego” człowieka. Gdyby był naprawdę taki zły, to by nas wydał katowickiemu Gestapo.
Nasz „Kontakt” z Komendą Główną AK potwierdził, żeby nie ruszać „tego” Güntera, który miał u nich, w Warszawie, pseudonim „Olbracht”. Być może, że to na zakup broni, dla komendy AK, potrzebował to złoto z Auschwitzu, a myśmy mu pożałowali. Niestety, kiedyśmy się o tym dowiedzieli, było już było za późno. Coś mi się widzi, że się nim zajęli w Gestapo, bo wymacali, że pracował na dwie strony. A już z całą pewnością w obozie likwidował więźniów, którzy akowcom zaleźli za skórę.
- Ale ja go widziałem – upierał się Józef.
- Więc żyje? Mówisz, że żyje? – dopytywali się Józefa, z niedowierzaniem i jakby z utajoną radością w głosach.
- E, może się pomylił, przecież po zmroku niedowidzi na keratitis (zapalenie rogówki) – Teodor pospieszył bagatelizować całe zdarzenie, wymieniając uczoną nazwę choroby Józefa, jakby to miało być jakąś pociechą, że wszystko się dobrze skończy...
- Już dobrze widzę – zapewniał “Lubas” - Nie jestem ślepy jak ”Tłuścioch”! – wyraził się obraźliwie o doktorze Przeherskim z niesmakiem krzywiąc wargi.
- Przeszło mi, po witaminach widzę jak sokół. Widziałem tego Szkiebra jak was widzę. Wcale się nie krył na mój widok. Przeszedł obok mnie obojętnie, w tyrolskim kapeluszu i skórzanych krótkich portkach, z miną dobrotliwego fanfarona.
- E, to jakiś stary dżystoń, a ty... tyś się niepotrzebnie spietrał!
Na pełnych ustach Kapo-mana pojawił się błogi uśmiech odprężenia.
To wcale nie “stary piernik”... – sprostował Józef – Te stare niemieckie kanalie trzymają się wyjątkowo dobrze. Sprawiał wrażenie zdrowego i wysportowanego, zdolnego tu zrobić jeszcze raz Vernichtung! Nawet na mnie nie spojrzał.
– Bo nie po-ooznał wido-oocznie cię... Wiktor w zdenerwowaniu zająknął się, przestawiając po żydowsku szyk wyrazów.
- Właśnie, skąd masz pewność, że to był on? – spytał profesor.
- Bo, bo spojrzał na mnie tak wzgardliwie, żem się chciał zesrać ze strachu. A poza tym, czuć go było tym jego ulubionym zapachem wody różanej zmieszanej ze smrodem benzyny i palonych kości, którą się nieustannie oblewał na zapleczu trupiarni. Szczególnie wtedy, gdy wracał po robocie przy dołach z płonącymi zwłokami – gestykulował dramatycznie, ze swadą.
- Wonny oprawca! – wykrzyknął pan Teodor, prawie radośnie – To no, wonny bandyta! – klasnął w dłonie, jakby ta wiadomość dodała mu animuszu..
- Dlaczego nie krzyczałeś, żeby go schwytać? - pytał Jan przychodząc do siebie po otrząśnięciu się ze zdumienia.
Krzyczałem...- tłumaczył Wroński - ale nikt nie chciał go łapać. Ludzie szli dalej obojętnie, udając, że nie słyszą.
Niemożliwe! - dziwili się przyjaciele - Przecież ktoś musiał się obejrzeć! Ktoś musiał się zatrzymać na okrzyk: ”Łapać hitlerowca!”
Nic podobnego! Śmiali się ze mnie, jakbym był pijany.
- Czuł się bezkarny, bo wiedział, że najciemniej jest pod latarnią –
Glickman kiwał smutno wełnistą, czarną głową – Wiedział, że najbezpieczniej dla niemieckich katów jest teraz w kraju ich ofiar. Bo Polacy ich podziwiają i kochają.
- Uspokój się już – pocieszał go były rektor uniwersytetu - To niemożliwe, żeby taki jeszcze był między nami, żeby się uchował. Günter był dużo od nas starszy, więc powinien już umrzeć ze starości.. Nihil semper suo statu manet! Nic nie trwa wiecznie!


Komentarze
Pokaż komentarze