Odcinek 12 – kurewska robota
Pociąg szarpał i syczał, szczękając buforami, żeby znów po chwili niespokojnej, bardzo powolnej jazdy stać pod jakimś laskiem, jakby się wstydził wjechać na stację; a później, jakby lękliwie, znów jechał, ale coraz wolniej, aż wreszcie, za Ursusem, stanął na dobre pod jakimś semaforem. Coś się w nim zepsuło. Spieprzył się - jak mówił przechodzący korytarzem konduktor. Myślała, że ją krew zaleje. Już dawno odszedł pociąg, który miał ja zawieźć do Lublina, a ona tymczasem tkwiła w wagonie dusząc się od ilości wypalonych papierosów.
Na pierwszy ogień poszedł porucznik Jarek D. Spotkała się z nim w krakowskim Hotelu Pod Różą. Był typem gwałtownika i spotkała się z nim tylko dwa razy. Za pierwszym razem, nie chciała mu się oddać, tylko całą noc odbijała mu laskę, tak że się spuszczał raz za razem, siedem razy, nie widząc co się dzieje ani o co chodzi. Co ją chciał chwycić za krocze, to zabierała mu rękę i kładła sobie na nie w pełni rozwiniętej jeszcze, dziewczęcej piersi, ale on nie chciał jej obmacywać, tylko posiąść i wypieprzyć. Ale po którymś siódmym razie, nie wiedział jak. Opadł bez sił, jak szmata, z mikroskopijnym fiutkiem w zalanych spermą gaciach, a ona wymknęła się z hotelu. Myślała, że za drugim razem będzie lepiej i poszła pełna ufności w swoje manualne umiejętności. Jednakże, stary lis, nie dał się nabrać tym razem i przycisnął ją do tapczanu swoim wielkim kindybałem, że aż kwiczała z przestrachu. Zrozumiała, że kobieta jest niewolnicą i pariasem przy aprobacie wszystkich innych kobiet. Że to właściwie kobiety kobietom gotują ten los. Żyją z mężami albo bez mężów, z kochankami albo bez kochanków, zawsze sprawując jakieś, zwykle pomocnicze funkcje, bez których mężczyźni nie potrafiliby sprawować władzy i ujarzmić kobiet. To one dostarczają mężczyznom, do powszechnego użytku, paradygmatu kobiety silnej podłością i konformizmem, współdziałającej w dziele swego uwięzienia. Dostarczają wzoru matki-Polki, która bierze lanie, ale cierpi i kocha wychowując następnych „patriotów”, a gdy trzeba, idzie z nimi w śniegi Sybiru.
Wypieprzył ją jak najniemiłosierniej. Aż koniec jego pały czuła pod nerkami. W konspirze powiedziała, że więcej do tego brutala nie pójdzie, bo się boi. Miał końskiego członka, tak dużego, że jej coś naruszył i bolało ją w sobie przez dwa tygodnie.
Siedząc od kilku godzin w nagrzanym, rozchybotanym pudle wagonu, oszołomiona monotonnym hukiem rozdygotanej stali, miała dużo czasu, żeby rozmyślać o swym bankructwie życiowym... Siedziała ogłupiała jak ogłuszona. Jechała z poczuciem życiowego krachu, wynikłym z jej własnej winy, z tego, że związała się z wystawionym przez historię do wiatru niepociupanym dysydentem.
Nie chciała słyszeć o żadnej misji zbawiania ojczyzny, za cenę guzów (tak się wyraziła) we własnej dupie, ale ją namówili na jeszcze jedną próbę, że mają dla niej łagodnego intelektualistę. Tak, że może się obejdzie bez seksu i skończy na samych dyskusjach światopoglądowych. Tak go oczarujesz, że ci ulegnie na piękne oczy i wyzna wszystkie tajemnice!
Ale skończyło się na napierdalance (sama tak mówiła), z którejnajzwyczajniej uciekła, kiedy przydybała ich żona Arka, inflagranti, w hotelowym numerze. Po którymś tam razie, wtargnęła, postawna blondyna, w asyście ubeckich kolegów. On, w groteskowych gaciach, z wycięciami na pośladkach, jak dla pedałów. bronił jej własną, nagą piersią, przed pazurami małżonki, która podbiła jej oko. Sięgnął nawet po pistolet, kiedy koledzy chcieli ją aresztować, jak zwykłą kurwę. Oświadczył, że rezygnuje ze wszystkiego, z pracy w milicji, z apanaży, z członkostwa w Partii, ze służby, że ucieknie z nią na bezludną wyspę. Ręczył za nią, że nie zna nikogo, tak bardzo przywiązanego do komunistycznych ideałów, jak ona. Kto zna tak dobrze nauki marksizmu-leninizmu od filozoficznej strony. I nie ma nic podejrzanego, w tym, że zna tak dobrze pryncypia ideowe, niczym jakaś opozycjonistka, bo studiowała u profesora Szewczuka, głównego twórcy psychologii materialistycznej. Ręczy za nią, bo ją dokładnie prześwietlił i wie, że ma właściwe pochodzenie kroczowe (przejęzyczył się z pośpiechu i zdenerwowania, bo chciał powiedzieć: (klasowe”), z ojca proletariusza i matki wariatki. Sprawdził ją osobiście, przejrzał na dziesiątą stronę. A matka jest jeszcze lepsza od córki – wyrwało mu się – bo nie wie co robi i dupczy się bez żadnych zahamowań. Najlepszy seks jest właśnie z wariatką i gdyby nie to, że on ma troje dzieci i kredyt… - rzucił tonem groźby w stronę małżonki, która straciła rezon, szukając jakiejś sensownej groźby, że pójdzie do komendanta na skargę. A idź! Idź sobie – szydził – Właśnie u tej wariatki byliśmy razem z komendantem. I on też ją… ten tego… jest tego samego zdania, że najlepsza! (co on pierdoli? – myślała, że mu odbiło, a on po prostu stosował wobec małżonki subtelne techniki otamowania emocji, relatywizacji sądów i transferu motywów, jak go uczono na kursach psychologii dla funkcjonariuszy). Był nią zachwycony. Jej wariacką matką. Jej sprawnością w erotyczno-gimnastyczną (sic!) Wyrażał się o niej, jakby nie zdawał sobie sprawy, że mówi o pięknej, ale już starej i chorej kobiecie, która ma pięćdziesiąt lat. Była wprawdzie piękna, ale urodą zachowaną w wyniku ciężkiej schizofrenii. Zwykle ładne schizofreniczki stają się jeszcze ładniejsze, bo choroba oszczędza ich napięcia psychiczne i spowalnia objawy starzenia. Elokwencją ruchów. Wielką elastycznością w stawach.
Po tym co bredził i jak się śmiał głupkowato, wywnioskowała, że jest dobrze urżnięty.
Ach jak wspaniale potrafiła się wyginać! Piał z zachwytu, aż mu w piersiach świszczało. Objawy histerycznej katalepsji brał, w której chora kobieta potrafi trwać wygięta w pałąk z rozkraczonymi nogami przez cała godzinę, brał za jakąś wyjątkową sprawność płciową. Było to możliwe, że gdy przyjechali, matka momentalnie się rozebrała i zaproponowała im seks towarzyski, jak to miała w zwyczaju, co często się zdarza w tego rodzaju schorzeniach woli. Pewno ją wypieprzyli twardymi kutasami we dwójkę, a może nawet we trójkę z wójtem, który postawił im za to flaszkę. Z naczelnikiem heblowali do upadu (pomyślała), jebacy! Pocieszała się tylko, że chora i tak nic nie czuła, a może nawet nie wiedziała o niczym.
A to drań – wrzasnęła wtedy Lucyna (żona Arka) gdy się dowiedziała „o tym jebaniu”, mając na myśli naczelnika – skurwysyn, krzyczała, okłamywał mnie, że mnie kocha, że się rozwiedzie ze starą ropuchą („starą”, żonę naczelnika miała na myśli, a tymczasem jeździ na obcych kurwach, jak na rowerze – darła się jak opętana, że ją potraktował rzeczowo, jak rower (musiało być coś na rzeczy między nimi z tym rowerem), jak szmatę… wyzywała, ale Arkadiusz nie chciał jej słuchać, puszczając mimo uszu, te bezwstydne wyznania zdrady swojej połowicy, składane zresztą z odcieniem wyraźnej i sadystycznej satysfakcji, że mu odpłaca pięknym za nadobne. Był dobrze podpity i taka awantura dodawała mu tylko animuszu. Burzyła mu krew i podnosiła adrenalinę, a on uwielbiał być w takim stanie. Kto nie zna środowisk oficerskich, temu trudno uwierzyć, że w wojskowych rodzinach odbywają się bardziej gorszące burdy, niż w czasie ułańskiej szarży na dywizyjny burdel. Przepiękna kobieta! – krzyczał wściekły, że go szpieguje i mu to służbowe spotkanie przerwała, na którym miał nadzieję wydobyć z Iwony przyznanie się do winy.
- Już ją miałem na widelcu, tak, że jeszcze trochę, a wszystko by wyśpiewała.
- Już ja wiem kurwiarzu, na jakim widelcu ją miałeś! – krzyczała
- Ja ci dam z pułkownikiem, wywłoko! – wściekał się, przypomniawszy sobie nagle, że się puściła z naczelnikiem wydziału – Jednakże nie miał czasu na rozprawę z niewierną, bo musiał wykrzyczeć swoje zachwyty nad urodą matki Iwony, którą porównywał do Sofii Loren. Jeszcze nie spotkał tak pięknej kobiety! Przepiękna kobieta, Lolobrygida! i gdyby nie była mężatką… to bym się rozwiódł i ożenił (niczego nie chciał bardziej, tylko bez przerwy się rozwodzić i żenić, jak to jest w zwyczaju oficerskiej kasty). Iwona uznała, że na mózg mu padło. Nie chciał „oddać” Iwony w ręce kolegów, bo wiedział, że mieli na nią chrapkę i zanim by ją dowieźli do komisariatu, to każdy by ją wyjebał (tak powiedział!) ze dwa razy. Nie pozwolił, żeby odeszła, więc musiała stać i patrzeć jak się leją po pyskach. Lucyna była silna, postury rosłego mężczyzny i tak go trachła w szczękę, że poleciał pod łóżko. Ale nie pozostał jej dłużny, damski bokser. Widać było, że się kochają bardzo. Koledzy oficerowie widząc, że to małżeńska sprzeczka, w której jeszcze na dobitkę przewija się nazwisko ich szefa, dyskretnie odeszli. Uznali, że nie powinni się wtrącać do rodzinnej kłótni, gdzie jest kredyt mieszkaniowy, teściowa i troje dzieci. Między jednym a drugim ciosem między nimi, Iwona wymknęła się niepostrzeżenie z tej matni. Na szczęście esbecy, których wyminęła na schodach, nie chcieli jej aresztować. Pewnie nie chcieli robić skandalu w westybulu, w obecności portierów i wracających z baru hotelowych gości.
Od tego czasu nie chciała mieć do czynienia z żadnym korpusem oficerskim.
To właśnie wtedy, musiała uciekać z Krakowa. Nie była pewna, czy koledzy z konspiry nie wydadzą jej w ręce esbeckiego kochanka, za cenę zwerbowania go do współpracy na rzecz amerykańskiego wywiadu.


Komentarze
Pokaż komentarze (4)