Są w Polsce miejsca fascynujące. Miejscem takim są nadwiślańskie Szeligi koło Płocka. Do dziś pozostały tu czytelne pozostałości ziemnego wału tajemniczego grodziska, pustego majdanu, który zajmuje większość jego powierzchni oraz fosy. Ten gród z nietypową zabudową, działający już w VI wieku n.e., przetrwał co najmniej 600 lat do czasów piastowskich, czego wymownym dowodem są ślady hutnictwa żelaza (dymarki) z XII w. Szeligi stanowiły bardzo nietypowy układ architektoniczny. Archeolodzy zapisali: "Na długim cyplu stały dwa szeregi chat przytykających do siebie - na samym skraju stromych zboczy. Pośrodku był pusty plac. Szeregi chat były długie na jakieś 20 metrów [skandynawskie długie domy?]. Wał - szeroki u podstawy na kilkanaście metrów, licowany na zewnątrz kamieniami - zwieńczony był palisadą". To działające już od VI w. n.e. się nadwiślańskie grodzisko Szeligi koło Płocka, propaganda PRL z miejsca okrzyknęła „najstarszym grodziskiem słowiańskim na terenie Mazowsza”, a także „najstarszymi wczesnośredniowiecznymi umocnieniami obronnymi na ziemiach polskich”. Później polityczna wrzawa wokół Szelig zaczęła cichnąć, okazało się bowiem, że odkrywaną tu ceramikę i zabytki metalowe trudno przypisać Słowianom. Szeligi okazały się miejscem pogańskiego kultu rytualnego wytwarzania stali – kultu, jakiego opisów nie znajdziemy w mitologii Słowian. W skandynawskich sagach natomiast Völund to mityczny bóg-kowal ludów nordyckich, którego historia została opisana w Völundarkviða – poemacie wchodzącym w skład Eddy poetyckiej. W mitologii ludów germańskim występuje on także jako: Weyland, Wayland, Weland i Watlende. W kulturze skandynawskiej rzemiosło metalurgiczne (obróbka zarówno żelaza, jak i metali szlachetnych czy też brązu) wiązała się z tajemną wiedzą, co odzwierciedlają właśnie mity o kowalu Völundrze (Weylandzie). W powszechnym odczuciu, obróbka metalu wymagała tajemnej wiedzy, co sprawiało, że kowalom przypisywano nadprzyrodzone zdolności i kontakt ze światem bóstwi.

Völund (Weyland) skandynawski bóg-rzemieślnik, czy był on idolem szepczączych tajemne zaklęcia kowali z mazowieckich Szelig?
Zadziwiające jest to, że w naszych podręcznikach historii mało poświęca się miejsca informacji, czym kulturowo wyróżniała się Słowiańszczyzna u swych historycznych początków – w V, VI, czy VII wieku naszej ery. A przecież mamy świetnych ekspertów – znawców tego szczególnego okresu historycznego. Należy do nich prof. Magdalena Mączyńska, która w rozmowie z Pawłem Wrońskim (Gazeta Wyborcza) mówi: "Germanie budowali chaty prostokątne, a nagle [VI-VII w. n.e.] pojawiły się tam półziemianki kwadratowe, które później bardzo konsekwentnie budowali Słowianie. To co nazywamy kulturą materialną tego ludu, było bardzo ubogie. Nie wiedzieli jeszcze, jak się używa koła garncarskiego, lepili workowate, niekształtne naczynia gliniane z bardzo prostym wzorem (nazwane są ceramiką praską), bardzo nieliczne są znaleziska przedmiotów metalowych”. Powiedzmy to jeszcze wyraźniej – Słowianie – ci mistrzowie adaptacji, często prowizorki – niechętni do zapuszczania korzeni, mogli nie widzieć celu w wielopokoleniowym rozwijaniu rzemiosł, w doskonaleniu technologii wytopu, wykuwania żelaza, bez którego na Naddnieprzańskich stepach świetnie sobie radzili. Słowianie w temacie żelaza byli przecież zupełnym przeciwieństwem nadwiślańskich Gotów, a zwłaszcza Wandali, którzy po zdobyciu Rzymu w V w. n.e. drapieżnie zdzierali okucia pomników rzymskich wykonanych z kultowego dla Wandali żelaza. Germański kult wojny, śmierci i zabijania wyjątkowo dobitnie wyrażał się dla nich w religijnym kulcie narzędzi uśmiercania (często znaczonych magicznymi znakami runicznymi). Właśnie dlatego, ziemie polskie pełne są cmentarzysk z okresu rzymskiego, na których dzieciom wkładano do grobów broń, zapewne po to, by mogły one sobie wywalczyć uprzywilejowaną pozycję nawet w zaświatach.

Dziesiejsze ziemie polskie w okresie rzymskim wyspecjalizowały się w eksporcie żelaza do Imperium Rzymskiego - z tego okresu pochodzą przedsłowiańskie dymarki świętokrzyskie
Badania archeologiczne w Szeligach po raz pierwszy podjęto w roku 1920, a następnie w roku 1957. Potwierdziły one, że Szeligi nigdy nie posiadały typowej grodowej zabudowy, one istniały wyłącznie w celach kultowych (podobne kultowe skandynawskie osiedle z późniejszego okresu odkrył Wojciech Chudziak na jeziornej wyspie w miejscowości Żółte koło Drawska Pomorskiego). W przypadku Szelig, był to trwający do XII wieku pogański kult rytualnego wytwarzania stali. Badający Szeligi Wojciech Szymański wyróżnił kluczowe znalezisko tego stanowiska archeologicznego z VI wieku n.e. wskazujące, że Szeligi to był gród Gotów (słowa „Goci” jednak nie mógł napisać w swym opracowaniu, w czasach PRL było to słowo niecenzuralne). Tym znaleziskiem opisanym przez Szymańskiego jest typowa dla Gotów fibula (zapinka) palczasta (podobne gockie zapinki z VI w. znaleziono m.in. w stołecznym w średniowieczu Tumie koło Łęczycy i obok niezbadanego do tej pory Kopca Wandy w Krakowie, wiele takich zapinek z VII wieku pozostawili po sobie Goci z Mazur). W. Szymański pisze: "Najwięcej możliwości ustalenia chronologii zbadanego obiektu dostarczyły przede wszystkim ozdoby. Wśród nich czołową pozycję zajmuje częściowo uszkodzona fibula palczasta o zachowanej długości 6 cm zdobiona prostym ornamentem trybowanej jodełki (...)". Szeligi stały się tematem numer jeden wśród archeologów, wobec czego udało się znaleźć fundusze na kontynuowanie badań. Jednak odkrycia z tego niezwykłego „grodu kowali” spowodowały, że Szeligi stopniowo skazywano na zapomnienie. Wyraźna obecność cywilizacyjnie zaawansowanych elit gockich na ziemiach polskich w okresie napływu na te ziemie Słowian, stawiała pod znakiem zapytania „słowiańskość” grodów z VI wieku w Polsce, a nasze ziemie przecież miały być „pustką osadniczą”, opuszczoną przez Germanów, gdzie nasi słowiańscy przodkowie z wrodzonym hartem ducha budowali wszystko od podstaw, na surowym korzeniu.
Po prawej - opatrzony magicznymi runicznymi zaklęciami grot włóczni z Kowla
W sytuacji, w której usilnie starano się umocnić mit słowiańskości Szelig, trudno się dziwić, że po publikacji wyników badań wyjątkowo ostro zaatakowano ich autora – Wojciecha Szymańskiego. Powodem naukowego potępienia było ujęcie w swej publikacji „wielu przedmiotów z tego stanowiska o typowo niesłowiańskim charakterze”. Znaleziska w Szeligach, świadczyły o istnieniu grodu nawet w czasach przedrzymskich (Celtowie?), a przede wszystkim o germańskości tego poświęconego bóstwom przedchrześcijańskim grodu nad Wisłą. Naukowcom trudno było ukryć wykazany przez Szymańskiego fakt występowania tu ceramiki, jakiej nie znający jeszcze koła garncarskiego Słowianie nie potrafili wykonywać. Chodzi tu o wysokiej klasy, typową dla Gotów cienkościenną ceramikę „obtaczaną” - wykonaną na kole garncarskim, opartą z jednej strony na tradycjach zaawansowanego garncarstwa późnorzymskiego z obszarów południowej Polski, z drugiej zaś, na wzorach rzymskich z obszarów naddunajskich. Władze reagowały bardzo nerwowo na odkrycia w Szeligach – przecież nie po to „ludowe państwo” utrzymywało archeologów, by ci wykopywali z ziemi dowody germańskości „najstarszego grodu na ziemiach polskich”. Jednak wbrew oczekiwaniom komunistycznych władz, w Szeligach znaleziono charakterystyczne wisiorki zaczepione na zawieszkach binoklowatych podobne jak te, odkryte na wyjątkowo bogatym, słynnym cmentarzysku Gotów z VI—VII wieku w Tumianach koło Olsztyna. Analizując obronne, nadwiślańskie położenie Szelig, warto przypomnieć o ciekawym spostrzeżeniu zasłużonego archeologa Zdzisława Skroka. Zwraca on uwagę, że Skandynawowie, zwłaszcza poza Skandynawią, lokowali swe osiedla na wybrzeżu morza lub brzegu rzeki. Czynili to według wyraźnego schematu – osiedle mieszkalne, cmentarz i port. W przypadku Słowian, takie struktury nie były znane. Słowianie woleli budować swe półziemianki (najczęściej o wymiarach 2x2 m) w rozproszeniu w dolinach małych cieków wodnych. W odróżnieniu od Szelig, słowiańskie osiedla nie miały ani obwałowań, ani też ostrokołów obronnych. Według Z. Skroka grody ulokowane na dzisiejszym polskim wybrzeżu Bałtyku, czy też na urwistych brzegach głównych polskich rzek, można uznać za skandynawskie.
Marek Murzyński pisze o innych miejscowościach w Polsce przypominających swą nazwą kultowe Szeligi koło Płocka: "W toponimii mamy wieś Szeliga koło Biłgoraja oraz Seligi i Seligów na Ziemi Łęczyckiej, Szeligi koło Płocka, Szeligi koło Warszawy, Szeligi koło Sochaczewa, Szeligi koło Skierniewic i Szeligi koło Starachowic." Nazwa „Szeligi” może mieć ciekawe pochodzenie – w językach germańskich ZELIG (SELIG) znaczy „błogosławiony”. Na wikińskie pochodzenie nazwy miejscowości położonej 5 km od Szelig koło Płocka zwrócił uwagę czołowy polski językoznawca Aleksander Bruckner. Chodzi tu o nie istniejące już dziś Jaszczułtowice nad Wisłą. A. Bruckner pisał: "Jaszczułtowice nazwę swą wzięły od wikinga od nord. Askolda". Według niego, germańsko-skandynawskie są również inne nazwy polskich miejscowości: "Godprzydowa od Gotfried; Gierałty od Gerold; Guncerzewice, Gącerzewo od Günther (por. rycerz); albo Łańcut z Landshut, Lanckorona z Landskrone".
Więcej informacji na ten temat wykopalisk w Szeligach można znaleźć w publikacji W. Szymańskiego "Szeligi pod Płockiem na początku wczesnego średniowiecza" (1967).
Magdalena Mączyńska jest współautorką koncepcji wystawy archeologicznej (2017-2020) Barbarzyńskie tsunami. Okres wędrówek ludów w dorzeczu Odry i Wisły


Komentarze
Pokaż komentarze