73 obserwujących
500 notek
657k odsłon
  2583   0

Turbolechityzm, czyli epidemia (jeszcze) kontrolowana

Znów snuję fantazję. Ale krok mam lekki.

J. Gaarder

image

Spośród mnóstwa dziwactw współczesnego świata jest jedno, które budzi moją umiarkowaną sympatię. Łażenie na golasa po ośnieżonych górskich szczytach, akademickie dysputy o rasistowskiej matematyce czy nominowanie do Nagrody Nobla ruchu BLM czuć "Pewexem". Ktoś tam, gdzieś tam - okrutnie gwałcąc rozum - wymyślił te ekstrawagancje i wyeksportował; między innymi do naszego grajdołka. Niby Polacy nie gęsi, a jednak część z nas podnieca się produktami wesołych i często utytułowanych mózgów. Cóż począć?! Istnieje jednak coś, co pod względem oryginalności nie odstaje od najmodniejszych fiołów. Tym czymś jest idea turbolechizmu, będącego nadwiślańską, szczerze polską odmianą turboslawizmu. Proszę się nie śmiać. Propagatorzy tejże teorii święcą tryumfy o jakich znani nam z ekranów telewizorów apostołowie postprawdy mogą tylko pomarzyć. Turbolechickie książki rozchodzą się w dziesiątkach tysięcy egzemplarzy, a internetowe wykłady dotyczące "Wielkiej Lechii" zdobywają setki tysięcy (sic!) oglądaczy. Dlaczego o tym wspominam?

Kilka dni temu, pod jedną z popełnionych przeze mnie notek, zamieścił swój wpis dyskutant (pozdrawiam!) twierdzący, iż starożytny Rzym zdobyli... Słowianie. Przyjąłem tę opinię z należytą grzecznością, ale bez bojkotowania rozumu i wiedzy. Wszak wariat jestem ale demokrata, co implikuje tolerancyjne podejście do interlokutorów. Ponadto - jak sądzę - autor wpisu kierował się dobrze rozumianym patriotyzmem. Wprawdzie turbosłowiańskim, lecz jednak. I byłbym przeszedł nad tym zdarzeniem do porządku dziennego, gdybym nie uświadomił sobie, że szanowny dyskutant nie jest jedyną osobą reprezentującą tego rodzaju przekonania. Co i rusz na forach dyskusyjnych pojawiają się pojedynczo lub całymi sotniami głosiciele chwały "Wielkiej Lechii".  Salonu24 nie wyłączając... Bardzo często najazdy turbolechickich internetowych wojów kończą się wściekłymi pojedynkami z armią oponentów i rozlewem hektolitrów cyfrowej juchy. O co chodzi w tych zmaganiach?

Ideolodzy turbolechizmu propagują pogląd, iż dawno, dawno temu istniał byt polityczny o nazwie "Wielka Lechia". Tak, tak! W apogeum potęgi jej granice rozciągały się od Renu po Ural i od wysp bałtyckich po granice Hellady. Początki tegoż bytu giną w pomroce dziejów, ale turbolechici twierdzą, że miało to miejsce już na kilka tysięcy lat przed naszą erą. Twórcami potęgi "Wielkiej Lechii" mieli być półboscy królowie, którzy pozbawieni jakichkolwiek wad i słabości, nieustannie rozmyślali nad polepszeniem bytu swych rodaków i poszerzaniem granic. Rzekomo w tej materii największe zasługi mieli - uwaga! - Kodan, Lech I Wielki, Filan, Szczyt, Alan, Lech II Chytry i Polach... Przez niemal dwa tysiąclecia, bo od dokładnie ustalonego przez turbolechitów roku 1770 p.n.e., zmagali się z wrogami na wszystkich frontach. Bili zatem Kimmeriów, Scytów, Gallów, Germanów, Asyryjczyków... Ba! Mieli dać łupnia także Aleksandrowi Macedońskiemu, który nieopatrznie zamachnął się na Lachów. Nie powinno być zatem dziwnym, że - i znów podobno - przez inne społeczności zamieszkujące planetę Ziemia, Lechici zostali uznani za rasę panów. Smaczku narracji dodaje przekonanie turbolechitów, iż przewagę naszych przodków z pokorą zaakceptowali także Semici, czego dowodem jest słowo Allah zawierające rdzeń "lah"...

Niestety, wszystko co dobre kiedyś się kończy. Po (m.in.) Wandzie Amazonce, Lechu VII Oszuście, Popielu II Zbrodniczym i Lechu X Dzielnym władza w "Wielkiej Lechii" dostał się w ręce degenerata o imieniu... Mieszko. Ten, nie bacząc na tradycję i zalecenia przodków, zdradził swój naród i dał się ochrzcić. Niemal w tym samym momencie to co jeszcze było "Wielką Lechią" zwiędło, skurczyło się i niemal sczezło. A potem...

Ktoś bardzo nieroztropny zapyta: no dobra, a gdzie ślady po "Wielkiej Lechii"? Hłe, hłe, hłe... Przecież to oczywiste! Za sprawą zdradliwego Mieszka I do serca "Lechii" wślizgnęli się agenci Watykanu, którzy przez całe dekady zajmowali się głównie zacieraniem śladów po "Imperium". Niszczyli budynki, palili kroniki, fałszowali dokumenty, przetapiali artefakty, truli "sędziwych starców" mogących zaświadczyć o przeszłych dziejach... Wspomagali im w tym dzielnie tuziemscy jurgieltnicy oraz szpiedzy zza Odry (wówczas jeszcze zza Łaby). W efekcie - ani profesjonalni historycy, ani zawodowi archeolodzy nie są dziś w stanie oświetlić przeszłości ziem polskich w należyty sposób. Ale...

Stara policyjna zasada mówi, że żaden zbrodniarz nie potrafi zatrzeć wszystkich śladów. Dlatego w oparciu o przetrwałe ułomki, dzielni piewcy "Wielkiej Lechii" bardzo dokładnie odtworzyli jej losy. Do świadectw, których nie udało się wrogom zniszczyć należą np. wykopane z ziemi (w różnych częściach Europy) łupiny zawierające nie dające się odczytać znaki, fragmenty starożytnych monet oraz - przede wszystkim - tzw. Kronika Prokosza. Nic to, że następcy J.F. Champolliona nie są w stanie ze wspomnianych skorup, pokrytych tajemniczymi znakami, niczego wydusić. Nic to, że "odkrywany" lechicki bilon znany jest numizmatykom od dziesiątek, a nawet setek lat. Nic to, że tzw. Kronika Prokosza to XVIII/XIX falsyfikat, intelektualna igraszka. Apostołowie "Wielkiej Lechii" w rodzaju pana... Nie. Nie zdobędę się na promocję osób, które zaśmiecają umysły ludzi zainteresowanych przeszłością Słowiańszczyzny i Polski, całymi tonami wierutnych bzdur. Byłoby to działaniem wysoce nieetycznym. Pozwolę sobie za to na postawienie pytania. Ważnego pytania...Komu to służy?

Lubię to! Skomentuj209 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości