94 obserwujących
662 notki
990k odsłon
  1156   3

Piast Kołodziej marzy o Polsce, czyli prapoczątek wymyślony

Nauka musi zaczynać się od mitów – i od ich krytyki.
Karl Popper

image

Nasz pierwszy dziejopis, czyli. tzw. Gall Anonim, swoją opowieść o rodzie Piastów zaczyna w ten sposób: Był mianowicie w mieście Gnieźnie, które po słowiańsku znaczy tyle co „gniazdo", książę imieniem Popiel, mający dwóch synów; przygotował on zwyczajem pogańskim wielką ucztę na ich postrzyżyny, na którą zaprosił bardzo wielu swych wielmożów i przyjaciół.

Kolejne rozdziały kroniki opisują dojście do władzy przodków Mieszka I. Cóż w tym opowiadaniu mamy? Nadnaturalne wydarzenia w rodzaju rozmnożenia jadła i napitku, wizytę dwóch tajemniczych i wszechpotężnych wędrowców, wygnanie z granic księstwa księcia Popiela, który odszedł z tego świata za sprawą myszy,  interwencję boską… Cuda na kiju i pachnące wianki. Wszystko po to, aby wykazać, iż nasz pierwszy historyczny władca nie wypadł sroce spod ogona, a jego antenaci cieszyli się sympatią gospodarza sfer niebieskich. Siemowit, Lestek, Siemomysł…

Siemowit tedy, osiągnąwszy godność książęcą, młodość swą spędzał nie na rozkoszach i płochych rozrywkach, lecz oddając się wytrwałej pracy i służbie rycerskiej zdobył sobie rozgłos zacności
i zaszczytną sławę, a granice swego księstwa rozszerzył dalej, niż ktokolwiek przed nim. Po jego zgonie na jego miejsce wstąpił syn jego, Lestek, który czynami rycerskimi dorównał ojcu w zacności i odwadze. Po śmierci Lestka nastąpił Siemomysł, jego syn, który pamięć przodków potroił zarówno urodzeniem, jak godnością.

Przez całe dekady i stulecia największe autorytety naukowe uwiarygodniały przekaz Anonima. Koronnym argumentem „za” było stwierdzenie, iż ludy niepiśmienne (a takim był lud „Polan”) potrafiły przechowywać pamięć o rodach panujących na sposób zupełnie dla nas zaskakujący. Tak na przykład prymitywne ludy centralnej Afryki ustami swoich szamanów bez pudła wspominały o przodkach królów żyjących dwa i trzy wieki wcześniej. Ba! Ormiańscy autorzy (autor?) eposu „Dawid z Sasunu” wymienili kilkudziesięciu poprzedników władcy panującego w IX w. Przypadki te pozwalały przyjąć, iż nie przekracza ludzkich możliwości sięgnięcie pamięcią wstecz o dwa lub trzy stulecia. Dlatego narracja o ojcu, dziadku i pradziadku Mieszka I została uznana za godną akceptacji i znalazła potwierdzenie nawet w podręcznikach dla szkół podstawowych. Mit zakotwiczył się tak mocno, że nawet dziś kontestowanie przyjętej powszechnie wersji polskiego prapoczątku napotyka na opór godny lepszej sprawy. Czy słusznie?

Aby zrozumieć w czym rzecz trzeba przypomnieć, iż ten, który sprokurował naszą najstarszą kronikę był nad Wisłą przybyszem jakich pojawiło się niemało w ówczesnej Europie. Walor umiejętnego władania piórem nie był wówczas dobrem powszechnym, czy chociażby zwyczajnym. Każdy jako tako obeznany z literaturą i dziejami powszechnymi, a na dodatek nie obawiający się szukać chleba w obcych krainach, mógł liczyć na łaskawe spojrzenie władców europejskich. Szczególnie w centralnej części kontynentu, gdzie osoby wykształcone i posiadające zdolność zgrabnego układania zdań jawiły się jako żywe skarby. Nie powinno zatem dziwić, że tzw. Gall został przyjęty na dwór Bolesława Krzywoustego i znalazł wsparcie w osobach polskich biskupów. Zadanie, które mu powierzono nie należało do najłatwiejszych, ponieważ został zobowiązany do udowodnienia na piśmie, iż jego chlebodawca wywodzi się z rodu okrytego chwałą od czasów najdawniejszych, otoczonego opieką  Boga i poprzez to jest panem przyrodzonym polskich włości. Dla nas zadanie postawione przed dziejopisem wydaje się łatwizną. Dokumenty i relacje. Zebrać, przeczytać, przeanalizować, napisać… Problem w tym, że  zasób źródeł, z których Anonim mógł korzystać był z pewnością bardzo skąpy. Jeśli mieścił się na dwóch, trzech kartkach formatu A4 to i tak dużo. Z opowieściami „starców sędziwych” też nie było lekko, bo ich rzetelny przekaz sięgał co najwyżej wieku z lekkim okładem. To co działo się wcześniej przybierało postać legend i mitów. Autor „Kroniki Polskiej” musiał zatem mocno się gimnastykować i pogodzić niewiadome z oczekiwaniami swych pryncypałów. Jak to zrobić?

Skalę trudności przed jakimi stanął nasz Gall widać doskonale w części kroniki poświęconej Mieszkowi I. Gdy przesiejemy przez sito doświadczenia wszystko co o nim napisał pozostają nam trzy fakty. Pierwszy, ożenek Mieszka z Dobrawą. Drugi, przyjęcie przezeń chrztu. Trzeci, spłodzenie syna Bolesława. I literalnie nic więcej. Ślepota Mieszka, uczta wydana przez jego ojca, liczne żony… To wszystko toposy jakich wiele w opowieściach o neofitach. Skoro zatem nadworny kronikarz Krzywoustego potrafił powiedzieć tak niewiele o tak wielkiej postaci, to cóż mógł wiedzieć o przodkach Mieszka? Sądzę, że nic. To co zawarł o nich w kronice to specyficzna legalizacja i hołd oddany tradycji. Legenda. Nawet same imiona przodków Mieszka I wskazują, iż są to postacie nazwane ale de facto wyimaginowane. Symboliczne. Taki Siemowit to postać umocowana w indoeuropejskiej mitologii, symbolizująca ojca rodu, założyciela, protoplastę. Lestek, osobnik przemyślny i zdecydowany, zwalczający skutecznie (zwykle sprytem) przeciwników i wrogów.  Natomiast Siemomysł to człowiek  działający na rzecz swego rodu i rodziny, dbający o chudobę, powodzenie, plony. Mamy zatem w gallowej opowieści podglebie, na którym wyrosła dziedzina mieszkowa i bolesławowa. Praojciec, budowniczy jej powodzenia i ten, który zadbał o przyszłość. Siemowit, Lestek, Siemomysł… Gall miał zatem do dyspozycji strzępki lokalnej i bajkowej tradycji, którą ubogacił chrześcijańskim „sosem”. Wprawdzie otrzymany produkt budzi dziś wiele wątpliwości, ale dawnymi czasy był swoistym „mercedesem” kronikarskiej produktywności.

Przyzwyczajeni do treści przekazywanych nam w ramach oficjalnej narracji możemy podchodzić krytycznie do powyższych uwag. Na szczęście udowadniając, iż narracja o przodkach Mieszka to sztuczny konstrukt możemy podeprzeć się wieloma podobnymi przykładami. Tak już bowiem jest, iż początki wielu europejskich (i nie tylko!)  rodów panujących nikną w pomroce dziejów, a ich oficjalne drzewa genealogiczne mają tyle wspólnego z rzeczywistością  co nic. Przywołajmy takiego Pelayo, który miał być protoplastą chrześcijańskich rodzin dokonujących rekonkwisty Półwyspu Iberyjskiego spod jarzma muzułmanów i wziął się… znikąd. Albo Faramund, praprzodek Karola Wielkiego, wywodzić się miał z rodu… trojańskiego Priama. U naszych południowych sąsiadów „korzeniem” dynastii miał być tajemniczy Przemysł, o którym milczą wszelkie kroniki. Wreszcie wielki Czyngis-chan, którego – wg. oficjalnej wersji - antenatami miała być nietuzinkowa kobieta i… wilk.

Niezręcznie mi wspominać o tym otwarcie, ale trzeba stwierdzić, że nasza wiedza o polskich prapoczątkach jest uboga. W skali europejskiej nawet bardzo. Więcej! Co rusz znajduje się taki, który – z różnych pobudek - z ochotą dokonuje ich mitologizacji. A przecież nie wiemy literalnie nic o tym, co poprzedzało panowanie Mieszka I. Ktoś tam niby wspomniał o „kniaziu na Wiślech”… Ktoś półgębkiem zasugerował, iż „Polanie” brali udział w rozbiorze Wielkich Moraw…  Imiona jego poprzedników to najpewniej wymysł i taka uczona zapchajdziura. Dlatego wszystkich Piastów, Lestków, Siemomysłów, Siemowitów i Chościsków winniśmy odesłać na półki z bajkami.

Czy kiedykolwiek dowiemy się czegoś więcej? To trudne zadanie, ale – moim zdaniem – nie niemożliwe. Szukajmy prawdy. A prawda nas…

-------------------------------

Obrazy wykorzystywane wyłącznie jako prawo cytatu w myśl art. 29. Ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych.

Lubię to! Skomentuj99 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura