Andrzej Branicki1969 Andrzej Branicki1969
132
BLOG

Pięć strzałów, bomba na lotnisku i niedoszła egzekucja. Tajna wojna Putina w Polsce.

Andrzej Branicki1969 Andrzej Branicki1969 Polityka Obserwuj notkę 16
Pięć strzałów w Białej Podlaskiej, niedoszła egzekucja w Warszawie, dron z materiałem wybuchowym w Lipsku i tajemnicze ładunki, które wcześniej miały przechodzić przez Polskę. Każde z tych zdarzeń można próbować tłumaczyć osobno. Problem zaczyna się wtedy, gdy ułoży się je obok siebie. Coraz wyraźniej widać, że Polska nie jest już tylko zapleczem wojny na Ukrainie. Staje się jednym z głównych pól tajnej wojny Rosji z Zachodem, w której zamiast czołgów pojawiają się kurierzy, sabotażyści, drony, kryptowaluty i ludzie wynajmowani do zabijania.

Pięć strzałów na ulicy w Białej Podlaskiej. Rosyjski przeciwnik Putina pada martwy. Nie mijają nawet dwa miesiące i polskie służby zatrzymują w Warszawie Rosjanina, który - według premiera Donalda Tuska - został zwerbowany przez rosyjski wywiad, aby zabić obywatela Stanów Zjednoczonych ukraińskiego pochodzenia. Niemal w tym samym czasie na jednym z najważniejszych lotnisk cargo w Niemczech pojawia się dron z materiałem wybuchowym. W tle są tajemnicze puszki przewożone z Litwy do Polski, skrytka przy autostradzie A2, przesyłki zapalające, Telegram, kryptowaluty i ludzie wynajmowani do pojedynczych zadań. Każdą z tych historii można próbować tłumaczyć osobno. Problem zaczyna się wtedy, gdy położy się je obok siebie. Polska przestaje wówczas wyglądać jak spokojne zaplecze wojny toczącej się kilkaset kilometrów na wschód. Coraz bardziej przypomina jeden z najważniejszych frontów wojny, której nikt oficjalnie nam nie wypowiedział.

Miał przyjechać do Warszawy, żeby zabić

7 sierpnia polskie służby zatrzymały obywatela Rosji. Kilka dni później Donald Tusk poinformował, że mężczyzna miał przygotowywać w Warszawie zabójstwo obywatela USA ukraińskiego pochodzenia, człowieka określonego przez premiera jako niewygodnego dla reżimu Putina. Według polskich władz podejrzany został zwerbowany przez rosyjskie służby specjalne, a operację ABW i Policji przeprowadzono przy współpracy ze służbami amerykańskimi. Jeżeli ustalenia śledztwa potwierdzą tę wersję, nie mówimy już o człowieku fotografującym transport wojskowy, zbierającym informacje o lotnisku czy próbującym zdobyć dokumenty. Mówimy o kimś, kto miał przyjechać do stolicy państwa NATO i zabić wskazaną osobę. To jest moment, w którym klasyczne pojęcie szpiegostwa przestaje wystarczać. Zaczynamy mówić o operacjach likwidacyjnych.

Pięć strzałów w Białej Podlaskiej

Ta historia brzmi jeszcze bardziej niepokojąco, gdy cofniemy się do 15 czerwca. W Białej Podlaskiej zastrzelono Roberta Kuzovkova, znanego jako Siemion Skrepecki - rosyjskiego artystę, performera i ostrego krytyka Kremla. Napastnik oddał pięć strzałów. Kilka dni wcześniej Skrepecki uczestniczył w Berlinie w antykremlowskiej akcji i od lat prowokował rosyjskie władze swoją twórczością. Sprawa od początku wyglądała na tyle poważnie, że włączyła się w nią ABW, a premier mówił o znamionach mordu politycznego. Trzeba jednak postawić wyraźną granicę: nie ma dziś publicznego dowodu, że zabójstwo zostało zlecone przez rosyjskie służby. Nie wolno tego przedstawiać jako faktu. Ale trudno również udawać, że nic się nie wydarzyło. W czerwcu na polskiej ulicy ginie rosyjski przeciwnik Kremla. W sierpniu polskie służby zatrzymują człowieka, który według władz miał na rosyjskie zlecenie dokonać kolejnej egzekucji. Pytanie, czy Polska staje się terenem rosyjskich operacji likwidacyjnych, nie brzmi już jak scenariusz political fiction.

Lipsk: bomba przyleciała dronem

W tym samym czasie kilkaset kilometrów od polskiej granicy rozgrywa się historia, która wygląda jak fragment powieści szpiegowskiej. Na lotnisku Leipzig/Halle znaleziono drona wyposażonego w materiał wybuchowy i detonator, w pobliżu ukraińskiego samolotu transportowego. Niemieckie organy potraktowały sprawę jako bardzo poważne zagrożenie. Według doniesień amerykańskich mediów wywiad USA wiąże operację z Rosją, choć niemieckie władze zachowują ostrożność i nie dokonały jeszcze oficjalnej atrybucji. Moskwa zaprzecza. Sam fakt pozostaje jednak niezwykły: na jednym z kluczowych europejskich lotnisk logistycznych pojawia się latająca bomba, a w pobliżu znajduje się samolot związany z ukraińskim transportem.

Puszki, które zniknęły przy A2

I właśnie tutaj pojawia się polski trop. Według ustaleń medialnych służby badają podobieństwo pojemnika z materiałem wybuchowym znalezionego przy dronie do puszek, które wcześniej miały zostać przewiezione z Litwy do Polski przez człowieka podejrzewanego o współpracę z rosyjskim wywiadem. Pojemniki miały trafić do skrytki w rejonie autostrady A2. Kiedy służby później dotarły do miejsca ich ukrycia, już ich tam nie było. Zniknęły. Nie ma dziś dowodu, że materiał z Lipska pochodził właśnie z tej skrytki i byłoby nadużyciem przedstawianie takiej wersji jako ustalonego faktu. Ale samo pytanie jest wystarczająco mocne: czy ładunek, który zniknął gdzieś przy polskiej autostradzie, mógł później zostać wykorzystany w operacji wymierzonej w ukraińską logistykę na niemieckim lotnisku?

Lipsk pojawia się po raz drugi

Najbardziej niepokojące jest to, że Lipsk nie pojawia się w tej historii po raz pierwszy. W 2024 roku w centrum logistycznym DHL na lotnisku Leipzig/Halle zapaliła się przesyłka zawierająca ukryte urządzenie zapalające. Podobne ładunki pojawiały się również w innych miejscach Europy. Polskie śledztwo dotyczące aktów sabotażu ujawniło ponadnarodowy mechanizm działania, a Warszawa także znalazła się na jego mapie. Z Polski nadawano przesyłki testowe do Stanów Zjednoczonych i Kanady, które według śledczych miały służyć sprawdzaniu tras i czasu transportu, szczególnie lotniczego. Ktoś sprawdzał, którędy idzie paczka, gdzie jest przeładowywana, ile czasu potrzebuje na dotarcie do samolotu i jak wygląda cały łańcuch logistyczny. Później w podobnym systemie zaczęły pojawiać się ładunki zapalające. To już nie przypomina samotnego szpiega z aparatem fotograficznym. To zaczyna przypominać logistykę tajnej wojny.

Agent jednorazowego użytku

Największa zmiana dotyczy jednak sposobu werbowania wykonawców. Rosja nie musi wysyłać do Polski setek zawodowych oficerów z fałszywymi paszportami. Wystarczy telefon, komunikator i obietnica pieniędzy. Zadanie można podzielić na niewielkie fragmenty. Jeden człowiek fotografuje obiekt, drugi odbiera paczkę, trzeci przewozi ją przez granicę, czwarty zostawia w skrytce, piąty ma podpalić magazyn albo uruchomić urządzenie. Zapłata może przyjść w kryptowalucie. Człowiek wykonujący zadanie nie musi znać osoby stojącej wyżej, nie musi wiedzieć, kto naprawdę wydaje polecenia i może nawet nie rozumieć pełnego celu operacji. Powstaje agentura jednorazowego użytku - tania, rozproszona i łatwa do odbudowania. Zatrzymasz jednego wykonawcę, jutro można znaleźć następnego. Dla kontrwywiadu to wyjątkowo trudny przeciwnik, bo rozbicie jednej komórki nie musi oznaczać rozbicia całej sieci.

Dlaczego właśnie Polska?

Odpowiedź jest widoczna na mapie. Przez Polskę przebiega ogromna część zachodniej pomocy dla Ukrainy. Mamy Rzeszów-Jasionkę, strategiczne linie kolejowe, magazyny, porty, transporty wojskowe, żołnierzy amerykańskich i instalacje NATO. Jesteśmy jednocześnie zapleczem Ukrainy, wschodnią flanką Sojuszu i mostem pomiędzy Europą Zachodnią a wojną. Dla rosyjskich służb trudno znaleźć w Europie bardziej interesujący teren. Dlatego kolejne przypadki rozpoznania infrastruktury, prób sabotażu, podpaleń, operacji logistycznych i werbowania wykonawców nie powinny być czytane jak seria niepowiązanych komunikatów kryminalnych. Polska znajduje się dokładnie tam, gdzie rosyjski wywiad ma dziś jeden z największych powodów, żeby działać.

ABW dostaje brutalną lekcję prawdziwej wojny

Ta sytuacja ma jednak drugą stronę. Jeżeli Polska stała się jednym z głównych poligonów rosyjskiej tajnej wojny, polski kontrwywiad otrzymał możliwość uczenia się przeciwnika podczas prawdziwych operacji. Każdy zatrzymany kurier zostawia telefon. Telefon prowadzi do komunikatorów, kontaktów, portfeli kryptowalutowych, adresów, kolejnych skrytek i kolejnych ludzi. Jedna przesyłka może otworzyć drogę do operacji prowadzonej równocześnie w kilku państwach. Współpraca ABW ze służbami amerykańskimi przy najnowszej sprawie, współpraca z Ukrainą oraz śledztwa obejmujące Polskę, Litwę, Łotwę, Niemcy czy Wielką Brytanię powodują, że Warszawa coraz częściej staje się częścią międzynarodowego systemu kontrwywiadowczego. Nie oznacza to, że Polska nagle została wywiadowczym supermocarstwem. Oznacza coś bardziej konkretnego: znaleźliśmy się w pierwszej lidze wojny służb specjalnych, ponieważ pierwsza liga przyszła właśnie tutaj.

Przestańmy mówić tylko o „wojnie hybrydowej”

Przez lata określenie „wojna hybrydowa” stało się wygodnym workiem, do którego wrzucaliśmy cyberataki, dezinformację, presję migracyjną, operacje wpływu i szpiegostwo. Tyle że w pewnym momencie to słowo zaczyna brzmieć zbyt spokojnie. Jak nazwać przesyłkę z urządzeniem zapalającym? Jak nazwać materiał wybuchowy ukryty w pojemniku? Jak nazwać drona z bombą stojącego obok ukraińskiego samolotu? Jak nazwać człowieka, który według władz został wysłany do Warszawy po to, żeby zabić wskazaną osobę? To coraz mniej przypomina abstrakcyjną „hybrydowość”, a coraz bardziej brudną, tajną wojnę prowadzoną tak, żeby nie przekroczyć progu otwartego konfliktu z NATO. Nie ma rosyjskich mundurów ani rozkazów dostępnych opinii publicznej. Jest człowiek z Telegramem, kurier z paczką, dron z ładunkiem i pistolet.

Najgorsze jest to, czego nie wiemy

Wiemy o zatrzymanych. Wiemy o przejętych urządzeniach. Wiemy o operacjach, które udało się rozbić. Nie wiemy natomiast, ilu ludzi nie zatrzymano, ile skrytek nadal istnieje, ile zleceń przyjęto przez internet i gdzie trafiły materiały, których nie odnaleziono. Nie wiemy też, kto naprawdę wydał rozkaz zabicia Siemiona Skrepeckiego. Kontrwywiad ma brutalną właściwość: opinia publiczna poznaje przede wszystkim operacje wykryte. O tych niewykrytych dowiadujemy się czasem dopiero wtedy, gdy płonie budynek, wybucha ładunek albo ktoś pada na ulicę od kul. Dlatego zatrzymanie człowieka podejrzewanego o przygotowanie egzekucji w Warszawie nie powinno zostać potraktowane jak kolejny komunikat ABW, który zniknie po dwóch dniach z serwisów informacyjnych.

Czasami słychać tylko pięć strzałów

Przez lata pytaliśmy, kiedy może rozpocząć się rosyjska wojna z NATO. Wyobrażaliśmy sobie rakiety, samoloty, kolumny czołgów i żołnierzy przekraczających granicę. Być może zadawaliśmy złe pytanie. Część tej wojny już trwa. Na komunikatorach, w przesyłkach kurierskich, przy autostradach, na lotniskach, w magazynach, w telefonach ludzi wynajmowanych za kryptowaluty i w mieszkaniach tych, którzy czekają na kolejne polecenie. Polska znalazła się na jednym z najważniejszych frontów tej konfrontacji, choć oficjalnie frontu nie ma. Nie ma komunikatów wojennych. Nie słychać artylerii. Czasami słychać tylko pięć strzałów.




Jestem emerytowanym funkcjonariuszem państwowym, analitykiem bezpieczeństwa oraz prawnikiem. Przez wiele lat zajmowałam się zagadnieniami bezpieczeństwa państwa, analizą ryzyk oraz funkcjonowaniem instytucji publicznych w warunkach podwyższonego zagrożenia. Doświadczenie praktyczne łączę z analizą prawną i geopolityczną, koncentrując się na mechanizmach decyzyjnych, odpowiedzialności instytucjonalnej oraz realnych skutkach polityki bezpieczeństwa.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (16)

Inne tematy w dziale Polityka