Drogi Ojcze Łukaszu, jeden ze współbraci zwrócił mi uwagę, że wp.pl było tak dobre, że zacytowało Ojca opinię w sprawie weta prezydenta wobec ustawy o związkach partnerskich: „dziennikarz i jezuita Łukasz Sośniak opublikował w mediach społecznościowych swój komentarz do decyzji Nawrockiego. "Szkoda, że prezydent zawetował tę ustawę. Nie było w niej nic, co by zagrażało rodzinie" - ocenił.” Niestety nie mogę się nijak zgodzić z Ojca opinią, ponieważ wydaje mi się, że w tej sprawie jest nie tylko drugie, a nawet trzecie dno i ta ustawa w sposób zawoalowany miała wdrożyć zmiany, które ostatecznie zaszkodziłby rodzinie w Polsce.
Rodzina to według Biblii podstawa relacji międzyludzkich, a według prawa naturalnego gwarant istnienia społeczeństwa, narodu i państwa. Dlaczego ta ustawa wprost nie uderza w rodzinę, a robi to w sposób ukryty? Ponieważ inicjatorzy dobrze rozumieją, że w danym momencie polskie społeczeństwo nie łyknęło by tej żaby, czyli ustawy o homomałżeństwach. Jeśli czegoś nie można zrobić jednym uderzeniem, to należy to robić małymi kroczkami. Lewica światopoglądowa od dziesięcioleci stosuje taktykę bolszewików, czyli taktykę salami: kroić kiełbaskę cienkimi plasterkami i wprowadzać rewolucję obyczajową małymi kroczkami, tak aby społeczeństwa nie drażnić, aby każdorazowo postęp był na tyle mały, aby nie wyzywało to sprzeciwu. Kiedy Holland wprowadzał we Francji homomałżeństwa zaklinał się na wszystkie świętości, że o adopcji przez LGBT i mowy być nie może. A kiedy udało się homomałżeństwa przepchnąć przez parlament minęło kilka lat i … Holland mimo milionowych manifestacji Francuzów dał LGBT prawo na adopcję dzieci. Jeśli przyjrzymy się jak LGBT zdobywało coraz mocniejszą pozycję w społeczeństwie Zachodu, to zawsze zauważymy, że osiągano to cierpliwym realizowaniem kolejnych postulatów i wytrwałym edukowaniem, a często wręcz zastraszaniem społeczeństwa. W wielu krajach LGBT jest już świętą krową, której nikt nie ma prawa skrytykować bez ryzyka poniesienia konsekwencji prawnych. I w Polsce nie będzie inaczej. Ponieważ nie udało się przepchnąć homomałżeństw, więc próbowano przeciągnąć przez parlament wersję soft. Jednak aktywiści LGBT i sprzyjający im politycy już teraz nie kryją się, że ich dalszym celem jest prawne uznanie homomałżeństw, zrównanie ich z małżeństwem, w tym danie prawa na adopcję i inne przywilej.
Otóż chodzi o przywileje, ponieważ małżeństwo będąc tak ważną instytucją dla państwa od zarania historii korzystało z wielu przywilejów i prawnej ochrony. Państwo traktuje małżeństwo i rodzinę w sposób szczególny, bo od ich dobrego stanu zależy przetrwanie państwa i narodu. I tutaj pojawia się pytanie, co takiego pozytywnego dają państwu homozwiązki, że miałby otrzymać te same przywileje co małżeństwo? Przy czym możemy spojrzeć szerzej: nie chodzi tylko o LGBT, ale różnego rodzaju związki między ludźmi (np. konkubinat czy związki partnerskie), których różnią się od małżeństwa tym, że w samej swojej istocie zakładają brak trwałości i wyłączności w relacji obu osób. Małżeństwo to oficjalny, gwarantowany prawem związek do końca życia i właśnie taki związek jest w rzeczywistości najlepszym miejscem do poczęcia, rodzenia i wychowywania dzieci. To jest właśnie powód, że państwo powinno otaczać małżeństwo szczególną opiekę.
W rzeczywistości ustawa o związkach partnerskich używając innej nazwy wprowadzała w polski system prawny zrównanie tych związków (w tym homozwiązków) z małżeństwem. Przy czym obecnie jeśli ktoś chce załatwić jakieś swoje sprawy prawne z partnerem może to zrobić na podstawie istniejących przepisów. Do załatwienia takich spraw prawnych między dwoma osobami tej samej lub różnej płci żadna ustawa potrzebna nie jest. Dlaczego więc ją tak forsowano? Właśnie z przyczyn taktycznych i propagandowych, aby stopniowo przyzwyczaić społeczeństwo, że homomałżeństwa powinny mieć te same przywileje i ułatwienia jakie ma małżeństwo. Taka ustawa byłaby puszką homoPandory, której według jej inicjatorów już by się nie udało zamknąć, dopóki nie zostanie osiągnięty zwycięski koniec.
Czy LGBT w Polsce dzieje się jakaś krzywda? Czy w jakikolwiek sposób homoseksualiści są szykanowani? Wręcz odwrotnie: media, politycy, ludzie kultury bez końca wyrażają pochwały i zrozumienie wobec osób kochających inaczej. Czasami wręcz ma się wrażenie, że jest to ta lepsza, bardziej wrażliwa i ideowa część społeczeństwa. Dla przykładu pani minister Nowacka nie ma w głowie nic innego jak tylko za pieniądze rodziców formatować polskie dzieci w duchu LGBT. Tylko w pierwszym roku urzędowania Trzaskowskiego władze Warszawy przeznaczały na projekty LGBT blisko 1 mln złotych, czyli więcej niż za całe prezydenctwo Gronkiewicz-Waltz. I kto tu jest prześladowany? A ile władze stolicy dały dla hodowców kanarków albo zoofilii (Miłość Nie Wyklucza – jedna z warszawskich organizacji LGBT, przecież nie wykluczy tych, którzy kochają inaczej swoje pieski lub konie :-).
A gdzie jest trzecie dno? Otóż kampania na rzecz związków partnerskich jest jednym z elementów sporu aksjologicznego, czyli konfliktu wartości, który rozrywa naszą cywilizację. Najprościej mówiąc ścierają się obecnie dwie odpowiedzi na pytanie jaki jest cel życia człowieka i konsekwentnie cel, ku któremu ma dążyć całe społeczeństwo. Klasyczna lewica odpowiadała, że celem tym jest walka o wyzwolenie proletariatu, oddanie sprawiedliwości wyzyskiwanym i odebranie bogaczom niesłusznych przywilejów. Z powodu tego celu wszczynano rewolucje, obalano rządy i dotychczasowy porządek społeczny, a w końcu gnębiono i mordowano miliony. Proletariat jednak znikł, bieda (przynajmniej na Zachodzie także) również. I to nie zasługa rewolucji i lewicy, lecz wolnego rynku, edukacji, demokracji i wzrostu gospodarczego. Próbuje się teraz w ruchu woke wskrzeszać ideę wyzwolenia uciśnionych, którymi teraz są Indianie, kolorowi, potomkowie niewolników, LGBT, itp., ale ta idee nie ma szans być zbytnio nośną ze względu na niewielki rozmiar grup „wyzyskiwanych”. Co więc jest teraz dla nowej lewicy, lewicy światopoglądowej, hasłem, które może porwać miliony czy nawet miliardy? Co ma być celem każdego z nas i czemu ma służyć społeczeństwo?
Wydaje się, że najbliższym temu określeniem będzie „dobrostan”. Celem człowieka ma być doświadczanie jak największej ilości przyjemności i pozytywnych emocji. Dobro własne rozumiane jako nieustanne realizowanie swoich potrzeb emocjonalnych, „połykanie” ciągle nowych doświadczeń i zmysłowych przyjemności. Jest to program na wskroś indywidualistyczny, w którym drugi człowiek ma wartość o tyle, o ile może być środkiem do osiągniecia dobrostanu. Żadnych trwałych zobowiązań, żadnej ofiary, żadnego poświęcenia. Popatrzmy na pride parade i pomińmy jej homoseksualny wymiar. Co nam pozostaje? Czysty hedonizm i używanie.
Antropologia biblijna, zawarta przede wszystkim w pierwszych rozdziałach Księgi Rodzaju, wyznacza zgoła przeciwną perspektywę. Pierwsze przykazanie jakie Bóg daje człowiekowi, każdemu człowiekowi niezależnie od jego rasy, narodowości czy religii brzmi następująco: „Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię”. Pan Bóg powtarza to pierwsze przykazanie Noemu po nowym stworzeniu, które nastąpiło po katastrofie potopu. Bóg zaprasza człowieka do uczestnictwa w dziele stworzenia i daje mu niezwykły dar przedłużania życia. Cała przyroda ma tylko i wyłącznie jeden cel: przedłużanie życia. To jest cel człowieka i cel ludzkości, który oznacza wyjście poza swój egoizm i poświęcanie swojego życia drugiemu. Płodząc, rodząc i wychowując dzieci człowiek realizuje złożony przez Boga w sercu każdego z nas bezcenny dar służby życiu. Rodzicielstwo jest darem z siebie, oddawaniem siebie drugiemu, a konkretnie własnemu dziecku. Jest poświęceniem i ofiarą. Nie jest to jednak jakiś ciężar i fatalistyczna rezygnacja. Św. Paweł ujmuje to w ten sposób cytując Jezusa: „Więcej szczęścia jest w dawaniu aniżeli w braniu" (Dz 20,35). Małżeństwo jest najlepszym sposobem realizacji tego celu i dlatego winno być przez państwo wspierane. Spór o ustawę o związkach partnerskich nie jest sporem o jakieś ułatwienia prawne dla pewnej grupy ludzi, lecz jest sporem o sprawy zasadnicze: o to czym jest człowiek i co ma być ideą przewodnią dla funkcjonowania społeczeństwa? Uchwalenie tej ustawy to jeszcze jeden mały kroczek w kierunku samozniszczenia i anihilacji naszej cywilizacji.
Św. Ignacy w swoich Ćwiczeniach Duchownych pozostawił nam Rozmyślanie o wezwaniu króla, a szczególnie o dwóch sztandarach, dającą nam uniwersalną wizję zmagania między Dobrem i Złem, które jest osią historii zbawienia. Ta wizja dwóch wodzów, dwóch sztandarów i dwóch armii odpowiada wyśmienicie temu, czego Jezus uczy nas w Ewangelii. Jezus nieustannie podkreślał walkę z Wrogiem i sam doświadczał wrogości ze strony przeciwników Boga Ojca, którzy ponieważ nie znają Stwórcy, nie mogą też zaakceptować nauki Jezusa. Jezus jest znakiem sprzeciwu, kamieniem odrzuconym, wzgardzonym Sługą Jahwe, ziarnem podeptanym. Szatan sieje chwast na polu Królestwa Bożego, sprzeciwia się Dobrej Nowinie, wysuwa fałszywe oskarżenia, organizuje obławę na Jezusa, tak ze strony starszyzny żydowskiej, jak ze strony rzymskich władz. Sam Jezus przestrzega uczniów, że za wierność prawdzie będą prześladowani i że muszą wybierać mierzy Nim, a światem: „Lecz kto się Mnie zaprze przed ludźmi, tego zaprę się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie” (Mt 10,33). Nie ma tu miejsca na kompromisy, na chrześcijaństwo w wersji soft, na przymilanie się i puszczanie oka do publiczności, że nie wszystko trzeba traktować tak pryncypialnie i jednoznacznie.
Św. Ignacy w swoim rozmyślaniu szczególnie podkreśla spryt, kłamstwo, przebiegłość i manipulacje wroga rodzaju ludzkiego. Wydaje mi się, że czasami brakuje nam przenikliwości i inteligencji w zmaganiach z wrogami Ewangelii, o czym przestrzegał nas Jezus: „Oto Ja was posyłam jak owce między wilki. Bądźcie więc roztropni jak węże, a nieskazitelni jak gołębie”. W dzisiejszym świecie nie wystarczy być chrześcijańskim „bratem łatą”, którego każdy może przytulić. Kiedy miliony ludzi umierało z głodu i ginęło w kazamatach NKWD, Stalin z rozbawieniem nazywał „pożytecznymi idiotami” lewicowych intelektualistów, pisarzy i dziennikarzy, którzy po zwiedzaniu ZSRR pisali w Europie peany na cześć komunizmu. Niech to będzie dla nas przestrogą.
Nasz założyciel św. Ignacy ostrzegał swoich współbraci, że jeśli w jakimś miejscu nie spotykają oni sprzeciwu, to powinni się dobrze zastanowić, czy wszystko robią jak należy, natomiast tam, gdzie przy głoszeniu Słowa Bożego napotykają trudności, tam też mogą się spodziewać szczególnych owoców. W jednym z listów jezuity-misjonarza z dzisiejszej Indonezji pisanym w XVII wieku można przeczytać coś takiego: „W tym roku u nas wszystko wyśmienicie, mieliśmy już w tym roku trzy razy prześladowania”.
Od nas jezuitów, po latach naszych studiów i formacji, oczekuje się szczególnej wnikliwości i przenikliwego spojrzenia, a także krytycyzmu wobec tego, co wielu uznaje za słuszne i godne pochwały. Wydaje mi się, że właśnie tej wnikliwości Ojcu zabrakło i niestety Ojca wypowiedź jest jedną z wielu, która popłynęła w mainstreamie zgodnie z tyloma innymi postępowymi ideami. Jeśli nas cytuje wp.pl, onet lub TVN, to trzeba się dobrze zastanowić dlaczego to robią? Czy z miłości do prawdy, czy też może szukając, jak mówił nasz założyciel, najsłabszego miejsca w murze twierdzy, aby w tym właśnie miejscu zaatakować. W działalności propagandowej w celu rozbrojenia ewentualnego sprzeciwu bardzo cenni są ludzie z drugiego obozu, którzy powiedzą, że wszystko jest w porządku i Ewangelii szkody nie przynosi. Takich ludzie wyłuskuje się starannie i metodycznie hoduje na autorytet, z którego zawsze można skorzystać, jeśli to będzie pożyteczne. Życzę sobie i Ojcu abyśmy nieopatrznie nie znaleźli się po drugiej stronie barykady.


Komentarze
Pokaż komentarze (7)