Brun
Brun brun brun
11 obserwujących
100 notek
51k odsłon
710 odsłon

Fi Fong, opowieść wakacyjna

Wykop Skomentuj6

Landsordt to latarnia morska żywcem przeniesiona z krainy Muminków. 

Krępa wieża posadowiona na wierzchołku wynurzającej się z morza skały, wąskim przesmykiem wzburzonego morza oddzielonym od południowego cypla większej wyspy o tej samej nazwie.

Landsordt rozdziela sztokholmski archipelag tysięcy wysp, skał i plątaniny przesmyków na dwie części. Dwie jakby drogi do stolicy Królestwa Szwecji. Na wschód szlak dłuższy i bardziej splątany. Na zachód i północ morzem poprzez system śluz na jezioro Malaren i do Sztokholmu. W pobliżu wyspy i latarni położone jest Nynashamn. Port a właściwie przystań promowa z przytuloną doń mariną dla jachtów to jakby górka rozrządowa, z której można i w lewo i w prawo. Na zachód i na wschód, jest to też dobre miejsce na podejście do szkierów z morza i równie dobre by wziąć z niego kurs na południe. Do kraju.

Wyszliśmy z Nynashamn zachodnim wyjściem. Wąskim i trochę płytkim ale za to do samego morza osłoniętym przed silnym południowym sztormem, który zaraz za ostatnią parą torówek zanurzył bukszpryt w wodzie. Przetoczył się falą przez dziób i bryzgami zmoczył sternika.

Morze poznaczone białymi grzywami. Niebieskie. Niebo rozświetlone słońcem. Zwarty szereg cumulusów z zadziwiającą prędkością przesuwający się nad głową. Po lewej przysłonięty przestrzenną mgiełką zarys brzegu Landsordtu. Po prawej i przed dziobem morze.

Sierpniowy sztorm. Nie tyle bardzo silny co wprost w dziób. Z rozbudowaną falą, która trzyma żaglowiec niby w uchwycie. Niczym za twarz i oba silniki są za mało aby wydusić coś więcej ponad półtora węzła do przodu.

Dwa dni wcześniej, z drugiej strony archipelagu już próbowałem. Czarterowa załoga ma własne wyobrażenie o wakacjach pod żaglami. Silny przeciwny sztorm się w nim nie mieści. W trzy godziny po minięciu ostatnich skałek zostałem na pokładzie sam. Wiatr, morze, słońce i narowiste koło sterowe w dłoniach. Reszta dzielnej załogi zaległa pod pokładem. Widok przypominał hekatombę polowego szpitala po brzegi wypełnionego cierpiącymi pacjentami, którym jest już wszystko jedno. Jeden tylko żeglarz stał wczepiony rękami w wanty grotmasztu. Wpatrywał się w morze i gdy ono następowało jakąś większą falą drapał się od wewnątrz na trzy szczebelki wyblinek w górę tak, że wchodząca na pokład woda przechodziła pod nim. Schodził te trzy szczebelki w dół i dalej wpatrywał się w morze. Do następnej fali kiedy zaczynał swoją wędrówkę ad rebus, z powrotem.

Zawróciłem przed perspektywą czterech samotnych dób za sterem w towarzystwie tylko tego jednego wspinacza. Obawiałem się, że obaj byśmy tego nie wytrzymali.

Gdy tylko wysepki wygładziły morze załoga tłumnie wyległa na pokład. Teraz liczył się czas. Nocleg przy kei w Sandhamn i następnych dwanaście godzin na przejście wewnętrzną i osłoniętą droga do Nynashamn i Landsordtu.

Może się wydmucha.

Nie wydmuchało się, spadło na nas po drodze szarością deszczowych chmur i szkwałów odbierając urokliwej trasie wśród szkierów normalny jej przepyszny urok. Zaraz za Dalaro się rozjaśniło. Odsłoniło widok na zatokę przed Nynashamn i na jej niebieskim tle białą sylwetę promu raźno, mocą swych potężnych silników, sunącą prosto do Gdańska. Trudno było tego promu nie zauważyć.

Powolutku zyskujemy do Landsordtu wysokość. Pod wiatr i pod falę. Odpadłem nieco w prawo by brać morze z lewego bajdewindu. Nie za dużo bo wyspa blisko po prawej burcie nie daje przestrzeni na halsowanie. Przy takim dziobaniu fali wydaje się, że stoimy w miejscu. Kołyszemy się tylko zwariowanie z dziobu na rufę. Zanurzenie dziobu powoduje wizgot wychodzących z wody śrub napędowych. Silniki zyskują na obrotach, zmieniają gang na wyższy. Kiedy dziób idzie w górę pomruk maszyn staje się basowy. Kadłubem wstrząsają dreszcze; od uderzenia fal, od śrub głęboko zanurzonych w wodzie. I potem znowu. Bryzgi wody na dziobie. Słońce zapala tęczę na porwanej wiatrem pianie spływającej z kotbelki. I tak kwadrans po kwadransie, godzina po godzinie. Coraz bliżej zawietrznego brzegu. I troszeczkę do przodu.

Dodać ten prom do stojącej na nabrzeżu kasy biletowej to było jakby do dwu dodać dwa. Termin czarteru a więc i czas wakacji kończył się mojej załodze pojutrze. Sierpień, zniżki na bilety, regularność promowego połączenia. Zanim zdążyłem dobrze zacumować wysłana forpoczta wracała już z kasy razem z biletami dla całej załogi. Zanim opłaciłem postój byliśmy na naszym statku już tylko we czterech. Kapitan, intendent i dwu szesnastoletnich chłopców.

Na przystań promową nie poszliśmy. Nawet po to by pomachać na pożegnanie naszej załodze. Wydawała się tym lekko rozczarowana, ale nie poszliśmy.

W zasadzie nic takiego. Lato, postój w zaprzyjaźnionym kraju i wolnej przestrzeni na pokładzie od groma i ciut ciut. Szkielet nasz załogowy nie za bardzo pasujący do Karty Bezpieczeństwa, ale kto by się tam przejmował Kartą Bezpieczeństwa. Nie po tej stronie morza przynajmniej.

Wykop Skomentuj6
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Rozmaitości