180 obserwujących
1099 notek
1011k odsłon
1933 odsłony

Bażant w Węgorzewie (2)

Wykop Skomentuj132

Politruk i izba chorych.


     Po kilku dniach wezwał mnie politruk – ppor. W., który w pierwszym dniu zapowiedział, iż będzie miał dla mnie pewną propozycję.


     Po krótkim wstępie, w czasie którego poskarżył się na ogrom pracy, który wykonuje w jednostce, poprosił mnie o pomoc w napisaniu pracy semestralnej (przypominam – studiował zaocznie historię na filii UW w Białymstoku) dotyczącej wojny polsko-bolszewickiej 1920 roku oraz postanowień pokoju ryskiego.


     Wyraziłem wstępną zgodę, ale zmartwiłem się brakiem dostępu do podstawowej literatury oraz spytałem się kiedy mam tę pracę pisać. Ppor. W. obiecał zwolnić mnie do końca miesiąca z poobiednich zajęć oraz wydać przepustkę, abym mógł udać się do miejskiej biblioteki.


     Następnego dnia poszedłem z kolegą, który miał napisać W. pracę semestralną dotyczącą genezy sejmu II RP do miejskiej biblioteki. Przebraliśmy się w mundury wyjściowe, popełniając przy tym błąd – założyliśmy także pasy. Na szczęście w czasie naszego pobytu na mieście żaden mijany trep nie zauważył tego naruszenia przepisów, nie spotkaliśmy także patrolu WSW. W bibliotece miejskiej nie było żadnych książek historycznych z tego okresu. Zmuszony więc byłem pisać pracę z pamięci. Kolega natomiast zrezygnował z pisania swojego tekstu.


     W kolejnym tygodniu zmarła moja babcia, uzyskałem 36-godziną przepustkę na jej pogrzeb. Przy okazji zabrałem ze swej domowej biblioteki kilka książek, potrzebnych do napisania ww. pracy semestralnej dla ppor. W.


     Zaraz po obiedzie udawałem się do opuszczonej sali lekcyjnej, do której otrzymałem klucz, i pisałem tekst dla W. W tym czasie zwolniony byłem z wszelkich prac w plutonie. Koledzy trochę mi zazdrościli tej wolności, nazywając mnie ghostwriterem W.


      Służbę w wojsku bardzo ułatwia posiadanie odpowiedniej „fuchy”, zwalniającej z zajęć. Dwóch kolegów przez niemal dwa miesiące remontowało świetlicę, inni brali udział w próbach chóru. Mistrzem fuchy był kolega, który przez całe okres SPR wykonywał różnego typu makiety dla jednostki, będąc zwolniony z wszystkich zajęć, nawet z musztry i wart.


     W końcu miesiąca, jeszcze przed przysięgą, oddałem ppor. W zamówioną pracę. Podziękował i od razu polecił sekretarce przepisać ją na maszynie. Zapewne nigdy jej nawet nie przeczytał. Po kilku tygodniach wezwał mnie do siebie i z dumą poinformował, iż otrzymał od swego profesora 5!, który pochwalił go przed całą grupą.


     Od tego momentu miałem u niego „chody”, co skrzętnie  wykorzystywałem, o czym nie omieszkam jeszcze napisać.


      Sprawa miała ciąg dalszy. W połowie lat 90. wziąłem udział w konferencji naukowej, zorganizowanej przez Departament Wychowania MON, a poświęconej wojnie 1920 roku. W czasie jednego z panelu podkreśliłem, iż spośród prac naukowych, napisanych w czasie PRL, dotyczących tej problematyki, najwięcej fałszerstw zawierały prace oficerów z Wojskowego Instytutu Historycznego oraz Wojskowej Akademii Politycznej. W jednostkach wojskowych zaś najgorszą robotę wykonywali oficerowie ds. politycznych, zwalczający do końca PRL tradycje niepodległościowe związane z II RP.


     Polemikę ze mną podjął jeden z profesorów z Białegostoku wskazując, iż jeden z jego studentów – oficer ds. politycznych, napisał na jego seminarium znakomitą pracę semestralną poświęconą wojnie 1920 roku, która spokojnie mogła zostać wydana w paryskich „Zeszytach Historycznych” lub innym emigracyjnym periodyku historycznym.


    Z niewinną miną spytałem mojego polemistę, czy autorem tej pracy nie był przypadkiem ppor. W.
- Skąd Pan zna jego nazwisko? – zapytał zaskoczony.
- Służyłem wtedy w SPR,  w którym był politrukiem – odpowiedziałem.
– Niech pan zgadnie, kto był faktycznym autorem tej pracy? – dobiłem go.
Reszta uczestników panelu wybuchła śmiechem, a mój polemista usiadł skonsternowany.

     W czasie przerwy podszedł do mnie i ze smutną miną powiedział: „A przecież W. wydawał się  takim uczciwym oficerem”. Nie skomentowałem jego słów.


     W ostatniej dekadzie września nastała pora chłodów i deszczy. W trakcie zapraw porannych przeziębiłem się. Delebeta nie ustrzegła mnie przed chorobą. Przeziębienie pogłębiło się, pojawiła się gorączka. Spóźniłem się niestety na zapisy do lekarza. Po śniadaniu dyżurny zapisywał osoby, które pragnęły udać się do lekarza. Istniał limit zapisów – wynosił on zdaje się 5-10 osób. Pomimo silnego przeziębienia musiałem uczestniczyć we wszystkich zajęciach oraz ćwiczeniach musztry. W nocy prawie nie spałem, miałem wysoką gorączkę. Zawsze bardzo źle znosiłem wysoką gorączkę. Następnego dnia błyskawicznie po śniadaniu pobiegłem do dyżurnego i zapisałem się do lekarza.


     Lekarz przyjmował dopiero po obiedzie, tak więc musiałem do tego czasu brać udział w zajęciach oraz kilku godzinach musztry – zbliżał się termin złożenie przysięgi i goniono nas po placu apelowym. Trepy nie mogły dopuścić, abyśmy dali „plamę” podczas defilady na zakończenie uroczystości złożenia przysięgi. Nie pamiętam jak przeżyłem tę musztrę, skłaniając się na nogach.


     Po obiedzie poszedłem z innym zapisanymi do lekarza do izby chorych. Na wstępie każdy otrzymał termometr. Miałem prawie 39 stopni gorączki. Lekarz zadecydował o przyjęciu mnie na izbę chorych. Na izbę chorych przyjmowano delikwentów, którzy mieli powyżej 38,5 stopni gorączki. Pozostali otrzymywali polopirynę i zwolnienie na kilka dni z zaprawy porannej.


     Wieczorem mogłem się wreszcie udać na izbę chorych. Towarzyszył mi kolega, który po przebraniu się przeze mnie w piżamę, zabrał z powrotem mój mundur i buty. Na izbie chorych należało przebywać w piżamie i kapciach.


     Sanitariusz przydzielił mi łóżko w sali, w której przebywało już kilku chorych z całej jednostki – podchorążych z SPR Artylerii oraz żołnierzy z „zetki”. Gdy próbowałem się położyć do łóżka – dyżurny polecił mi przeczytać regulamin izby chorych. Jeden z pierwszych jego punktów brzmiał: „Chory może leżeć w łóżku w godzinach 22.00 – 6.00”. W pozostałych godzinach należało przebywać na świetlicy lub siedzieć na korytarzu. Widząc, że słaniam się na nogach, sanitariusz zgodził się, abym w drodze wyjątku położył się dzisiaj do łóżka o godzinie 20.00, zaraz po obejrzeniu „Dziennika Telewizyjnego”.


     Otrzymałem jakiś silny antybiotyk oraz witaminy. Położyłem się do łóżka i  zapadłem w kamienny sen. O 6.00 musieliśmy wstać, posłać łóżka, umyć się, ubrać w przydzielone szlafroki i udać się na świetlicę. Wkrótce potem przyniesiono nam ze stołówki w termosach śniadanie.


    Około południa udawaliśmy się do lekarza, wcześniej mierząc temperaturę. Lekarz zapisywał leki, które wydawał sanitariusz.


     Przez cały czas przebywaliśmy na świetlicy, a po obiedzie musieliśmy sprzątać rejony, solidarnie – bez podziału na „bażantów” i „zwykłych żołnierzy” - dzieląc się obowiązkami.


     W międzyczasie lekarz wychodził do domu, a z nami pozostawało jedynie dwóch sanitariuszy – jeden, który wkrótce wychodził do cywila, oraz drugi – młody żołnierz.


    W kolejnych dniach ubywało chorych z izby chorych, pozostało nas jedynie kilku – mieliśmy więc znacznie więcej pracy przy sprzątaniu rejonów. Jednak po wyjściu lekarza mogliśmy leżeć na łóżkach, czytać książki, spać – jednym słowem odpoczywać od wojska.


     Nadszedł dzień przysięgi, a ja nadal przebywałem na izbie chorych. 2 października 1988 roku kolega przyniósł mi mundur, w który przebrałem się i poszedłem do budynku naszego SPR. Tam pobrałem broń oraz hełm i z resztą szkoły udaliśmy się na plac apelowy, aby złożyć przysięgę. Por. N. polecił, abym nie brał udziału w defiladzie na zakończenie uroczystości, ale schował się w izbie chorych.


      Dopiero potem dołączyłem do kolegów i udałem się do budynku SPR, gdzie zdałem karabin i hełm. Jednocześnie podpisałem zaświadczenie o złożeniu przysięgi wojskowej. Podczas gdy reszta kolegów przygotowywała się do wyjazdu na przepustki i urlopy do domów, musiałem z powrotem udać się w towarzystwie kaprala na izbę chorych, gdzie przebrałem się w piżamę i szlafrok.
Żonatym podchorążym przysługiwał comiesięczny urlop w wymiarze chyba 7 dni, pozostali mogli liczyć tylko na 48-godzinne przepustki, przydzielane wedle uznania dowódcy plutonu.


     Zaraz po przysiędze zostałem sam na izbie chorych, pozostali zostali zwolnieni. Mimo, iż czułem się coraz lepiej lekarz dalej mnie trzymał, najprawdopodobniej uważając, iż na izbie chorych powinien przebywać choć jeden chory.


     Zaprzyjaźniłem się z młodym sanitariuszem, który okazał się krewnym jednego z moich kolegów ze studiów. Znudzony lekarz dyskutował ze mną na tematy historyczne. Na izbę chorych wpadało na pogaduszki wielu żołnierzy z różnych pododdziałów, dzięki temu poznałem wiele osób z całej jednostki. Te znajomości okazały się bardzo przydatne podczas dalszej służby wojskowej, o czym jeszcze wspomnę w kolejnych odcinkach.



CDN.

Wykop Skomentuj132
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Społeczeństwo