180 obserwujących
1099 notek
1011k odsłon
983 odsłony

Bażant w Węgorzewie (3)

Wykop Skomentuj60

Przygody z bronią, śmierć żołnierza.


     W dniu 7 września 1988 r., jak odczytałem z książeczki wojskowej, wydano nam broń służbową – kbk AK Mb – czyli słynnego „kałacha”. Mój miał numer SC  36966, który musieliśmy zapamiętać i umieć „wyrecytować w nocy o północy” – jak zapowiedział por. N.  Wraz z bronią przydzielono nam stalowy hełm oraz maskę pgaz.


     Broń na co dzień zamknięta była w  zabezpieczonym pomieszczeniu w szkole. Każdy miał stojak i wieszak, na których we właściwym porządku umieszczaliśmy „kałacha” oraz wieszaliśmy hełm i maskę pgaz, która była w torbie, przypominającej chlebak.


     Po kilku dniach rozpoczęliśmy naukę składania i rozkładania broni, a także jej odpowiedniego czyszczenia. Broń przez cały czas winna być bowiem trzymana w należytej czystości. Każdorazowo przed oddaniem jej do magazynu, któryś z kaprali lub trepów sprawdzał stan jej czystości.


     Pewnego dnia, zaraz po śniadaniu, polecono całej szkole pobrać broń i przystąpić do jej czyszczenia. Poinformowano nas, iż komisja z Warszawy sprawdziła wyrywkowo kilka sztuk broni w naszym magazynie i natrafiła – o zgrozo – na brudny egzemplarz.


     Rozkazano wyczyścić broń, tak aby świeciła się – „jak psu jaja po deszczu”. Gdy po dokładnym oczyszczeniu broni oddawaliśmy ją do sprawdzenia, trep znajdował jakąś plamkę brudu i polecał dalej czyścić. To powtórzyło się kilkukrotnie. Przez cały dzień z przerwami jedynie na posiłki czyściliśmy „kałachy” – bez efektu – trepy przez cały czas były  niezadowolone z naszych wysiłków.


     Wreszcie jeden zdesperowany kolega spytał się por. N. , co zrobić aby lufa karabinu spełniała wymogi absolutnej czystości, skoro oliwa i wycior nie pomaga. Por. N. odparł, iż za jego czasów mieszało się oliwę z …. piaskiem. Zdumieni zapytaliśmy się czy możemy to zrobić – piasek może przecież uszkodzić wnętrze lufy. N. wzruszył ramionami i stwierdził – róbcie co chcecie, aby broń była idealnie czysta.   


    Zastosowaliśmy się do rady N., zmieszaliśmy oliwę z piaskiem i efekt był natychmiastowy – czystość broni spełniła wyśrubowane wymagania N. Nic dziwnego, iż za naszym przykładem poszli także koledzy z dwóch pozostałych plutonów. Do kolacji wszyscy zaliczyli test z czystości broni.


     Obecnie nam duże wątpliwości czy faktycznie doszło do wizyty jakiejś komisji z Warszawy, która odkryła to strasznie zaniedbanie. Najprawdopodobniej chciano nas po prostu przeczołgać.


      Na efekty nowatorskiej metody czyszczenia broni nie trzeba było długo czekać. Po kilku dniach poszliśmy na strzelnicę. Każdy otrzymał pięć nabojów i miał strzelać do tarczy oddalonej o 100 m. Nie pozwolono oddać strzału próbnego, aby można było zweryfikować ustawienie urządzeń celowniczych karabinu. Nic dziwnego, iż nasze wyniki były opłakane. Co z tego, iż miałem świetne skupienie, skoro wszystkie strzały umieściłem w lewym górny rogu tarczy.


      Po odczytaniu naszych fatalnych wyników strzelania, trzej dowódcy plutonów postanowili zaprezentować jak powinien strzelać prawdziwy zawodowy żołnierz. Wyjęli pistolety służbowe i zaczęli strzelać do tarczy z 50 m. Ich wyniki nie były znacznie lepsze od naszych, co zostało przez nas powitane ze zrozumiałymi kpinami. W rewanżu musieliśmy biegiem wrócić do szkoły.


     Nigdy więcej nie dostąpiliśmy zaszczytu postrzelania ku chwale ludowej ojczyzny. Trochę tego żałowałem, miałem bowiem doskonałe wyniki w strzelaniu z kabekaesu i chciałem się to udowodnić zadufanym w sobie trepom.


      Wkrótce po złożeniu przysięgi, rozpoczęliśmy przygotowania do podjęcia służby wartowniczej. Musieliśmy nauczyć się na pamięć regulaminu służby wartowniczej oraz innych związanych z nią przepisów. Zapoznano nas także z usytuowaniem punktów wartowniczych, które poza terenem jednostki mieściły się także za miastem nad jeziorem, gdzie znajdowały się jakieś magazyny jednostki.


      Po zdaniu wewnętrznego egzaminu ze znajomości regulaminu oraz zasad pełnienia służby wartowniczej wyznaczono pierwszych spośród nas, którzy mieli rozpocząć służbę wartowniczą. Pierwsi koledzy mieli szczęście – pełnili wartę w połowie października, kiedy było jeszcze dosyć ciepło i słonecznie.


      Mnie wyznaczono do służby wartowniczej dopiero na przełomie października i listopada, gdy nastały silne mrozy i spadł śnieg.


     W nocy temperatura spadała do -15 stopni, wiał silny wiatr, który utworzył zaspy ze śniegu. Założyłem dwie pary skarpetek, dodatkowo owinąłem stopy gazetami. Gazetami owinąłem także uda oraz klatkę piersiową. Na dres założyłem moro, a na to kurtkę zimową. Najzimniej było w głowę – służbę wartowniczą pełniło się w hełmie.


     Przed podjęciem służby wartowniczej oficer - dowódca warty sprawdził nasze umundurowanie, karabin oraz znajomość regulaminu służby wartowniczej. Dopiero wtedy zostaliśmy dopuszczeni do służby i mogliśmy udać się na wartownię, gdzie wydano nam ostrą amunicję.


    Wartę pełniło się przez dwie godziny, następne dwie godziny można było odpoczywać lub spać na wartowni, kolejne dwie godziny czuwało się. I tak przez 24 godziny.


    Pamiętam, jak po obiedzie, wpadł na wartownię oficer pełniący funkcję dowódcy warty i zaczął wrzeszczeć na mnie, iż nie sprzątnąłem talerzy po obiedzie. Na nic zdały się moje wyjaśnienia, iż to talerze, obecnie pełniących wartę. Nie dał się przekonać i coraz głośniej wydzierał się, grożąc co ze mną zrobi.


     Na szczęście przyszła na mnie kolej na pełnienie warty. Wyprowadzony z równowagi wyszedłem szybko z wartowni. Kapral miał odprowadzić mnie i dwóch pozostałych kolegów na posterunki wartownicze. Z przerażeniem stwierdziłem, iż zapomniałem zabrać ze sobą karabin. Wbiegłem z powrotem na wartownię, gdzie nadal szalał dowódca warty, porwałem swój karabin i szybko dołączyłem do ruszającego patrolu. Na szczęście, poza moimi kolegami, nikt nie zauważył mojego błędu. Gdyby dostrzegł go dowódca warty, skończyłoby się co najmniej na kilku dniach ZOMZ-u (zakaz opuszczania miejsca zakwaterowania).


     W połowie listopada, por. N., z którym toczyłem regularną walkę podjazdową, złośliwie wyznaczył mi na sobotę dodatkową wartę, pomimo, iż wcześniej obiecał mi weekendową przepustkę do domu. Nie namyślając się długo, zapisałem się rano do lekarza. Zadzwoniłem następnie do znanego sanitariusza, aby przygotował dla mnie odpowiedni termometr. Po obiedzie udałem się na izbę chorych. Wcześniej kilka minut pochrząkałem, aby gardło było czerwone. Miałem chroniczny nieżyt gardła – stąd moje gardło zawsze było czerwone, a po mocnym pochrząkaniu stawało się purpurowe. Dodatkowo pobiegałem kilka minut po schodach, aby się spocić. Tak przygotowany spokojnie oczekiwałem na przyjęcie przez lekarza.


      Sanitariusz na polecenie lekarza, wręczył mi wcześniej przygotowany termometr (naciągnięty do 38,5 stopni). Po 10 minutach lekarz odebrał ode mnie termometr, zajrzał do gardła i polecił sanitariuszowi przyjąć mnie na izbę chorych.


      Wróciłem do szkoły i z niewinną miną przekazałem por. N. wiadomość o decyzji lekarza. Wściekł się, zadzwonił na izbę chorych, ale lekarz potwierdził swoją diagnozę. Por. N zebrał nasz pluton i poinformował, iż wobec mojej choroby inny podchorąży będzie musiał mnie zastąpić. Następnie polecił mi poprzez losowanie wyznaczenie swego zastępcy – miał nadzieję, iż w ten sposób narazi mnie na niechęć kolegów. Nie ze mną takie numery - przeprowadziłem tak losowanie, iż „zwycięzcą” okazał się powszechnie nielubiany, jedyny członek ZSMP w naszym plutonie. N. chcąc nie chcąc musiał to zaakceptować, a ja zyskałem dodatkowy szacunek u kolegów.


      Tym razem na izbie chorych przeważali młodzi żołnierze, którzy w październiku rozpoczęli służbę. Dostali już swoje od trepów i dziadków, byli przerażeni. Na początku myśleli, iż zaczną się nad nimi znęcać, ale zamiast tego starałem się im pomóc i przedłużyć pobyt w izbie chorych.


     Jednym z młodych żołnierzy był wysoki, chudy blondyn, sprawiający zaszczutego przez trepów. Nie odzywał się do nikogo, ciężko oddychał i często przez jego twarz przebiegał grymas bólu.


       Podczas jednej nocy zaczął mocno jęczeć. Obudzeni, zapaliliśmy światło – chłopak był nieprzytomny. Wezwany sanitariusz zadzwonił do lekarza, ten polecił zawieźć chłopaka sanitarką do szpitala w Olsztynie.


      Po kilku dniach dowiedzieliśmy, iż chłopak zmarł w szpitalu na atak serca. Nie wszczęto żadnego dochodzenia – wedle ówczesnych przepisów MON nie odpowiadał za śmierć żołnierza, jeśli doszło do niej w ciągu miesiąca od rozpoczęcia przez niego służby. Uznano, iż zmarł na chorobę, przyniesioną z cywila. Wykreślono go po prostu z ewidencji jednostki - był człowiek i nie ma człowieka.


CDN.


Wykop Skomentuj60
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Społeczeństwo