Gdybym za każdą wygraną z MON dostawał medal, byłbym dziś obwieszony blachą jak ruski generał po udanym szturmie na sklep monopolowy. Szurałbym orderami po posadzce, dzwonił jak choinka z demobilu i nie mieścił się w futrynę. A wszystko za jedno, pozornie skromne bohaterstwo: za to, że kolejny raz zmusiłem Ministerstwo Obrony Narodowej do wykonania czynności równie egzotycznej, jak rozpoznanie wniosku obywatela.
Tak, dobrze państwo czytają. Nie zdobycie twierdzy. Nie operacja specjalna. Nie odstraszanie wroga. Rozpatrzenie pisma.
Zapadł kolejny wyrok. Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie znów musiał wziąć za mordę resort, który najwyraźniej uznał, że wniosek z 23 września 2025 roku dotyczący uposażenia najlepiej dojrzewa w ciszy, ciemności i urzędniczej piwnicy. Sąd zobowiązał ministra do rozpatrzenia sprawy w miesiąc. Czyli przełożył z języka prawa na język urzędniczy prosty komunikat: „Szanowni państwo z MON, ruszcie wreszcie dupę”.
I tu właśnie zaczyna się prawdziwa poezja III RP. Bo w zwykłym kraju bezczynność organu byłaby kompromitacją. W Polsce jest metodą zarządzania. Strategią. Filozofią pracy. W MON pismo nie czeka na rozpoznanie. Ono przechodzi szkolenie podstawowe z przetrwania. Nabiera charakteru. Twardnieje. Leży. Czasem zmienia kolor segregatora. Ale przede wszystkim leży.
Ten resort ma szczególny talent do działań pozornych. Na konferencjach – armia nowoczesna, państwo silne, bezpieczeństwo, gotowość, profesjonalizacja, interoperacyjność i inne słowa, którymi urzędnicy przykrywają własną niemoc jak kot przykrywa gówno w kuwecie. A potem przychodzi zwykły obywatel z wnioskiem i cała ta potężna machina państwowa dostaje zadyszki. Czołgi na defiladę są, prezentacje są, zdjęcia są, ale żeby przeczytać papier i wydać rozstrzygnięcie, to już nagle trzeba czasu, analiz, konsultacji, być może faz księżyca i zgody duchów departamentu.
MON najwyraźniej uznał, że najlepszą odpowiedzią na prawo jest udawanie mebla. Siedzieć, milczeć, nie mrugać, może petent umrze, może zapomni, może się znudzi. To jest ta słynna odporność państwa. Nie na zagrożenia zewnętrzne. Na własnych obywateli.
Sąd, co trzeba odnotować, nie poszedł do końca po bandzie. Uznał bezczynność, ale nie rażące naruszenie prawa. A więc resort znów dał ciała, lecz w sposób, który w polskiej administracji nadal uchodzi za elegancki. Jak kelner, który naszczał do zupy, ale z zachowaniem odpowiedniej etykiety. To właśnie jest nasza kultura instytucjonalna: można nie zrobić tego, co się powinno, byle formularz był czysty, pieczątka prosta, a ton pisma uprzejmy jak u grabarza.
Im dłużej patrzę na te moje potyczki z MON, tym bardziej dochodzę do wniosku, że to nie jest ministerstwo obrony narodowej. To jest ministerstwo obrony przed odpowiedzialnością. Naród w tej układance występuje wyłącznie jako przeszkoda proceduralna. Obronę zaś prowadzi się nie przed obcym agresorem, tylko przed terminem, obowiązkiem i treścią własnych ustaw.
Jest w tym coś nawet wzruszającego. Oto wielki aparat państwowy, karmiony publicznym groszem, zbudowany na etatach, stopniach, departamentach i całym tym zadętym instrumentarium powagi, walczy jak lew z jednym człowiekiem, który ma czelność pytać o swoje uposażenie i domagać się rozpoznania wniosku. Nie odpowiedzi korzystnej. Nie orderu. Nie pomnika. Rozpoznania. I nawet to przerasta instytucję, która w każdej reklamówce chciałaby wyglądać jak Pentagon, a w praktyce bywa kioskiem ruchu z pieczątką.
Moje relacje z MON zaczynają przypominać związek toksyczny. Ja piszę, oni milczą. Ja ponawiam, oni udają, że to mgła. Ja składam skargę, sąd mówi: minister ma działać. Minister robi minę obrażonego szlachcica, któremu cham wszedł do salonu w butach. Potem wszystko zaczyna się od nowa. Gdyby Beckett pisał o polskiej administracji, nie wymyśliłby „Czekając na Godota”, tylko „Czekając na Departament Kadr”. Sztuka trwałaby sześć sezonów i kończyła się zdaniem: „Państwa pismo zostało przekazane zgodnie z właściwością”.
Najśmieszniejsze jest jednak to, że w tej grotesce to nie obywatel wypada śmiesznie. Śmiesznie wypada państwo. Państwo, które musi być przez sąd uczone elementarza. Państwo, które wymaga wyroku, żeby urzędnik raczył wykonać ruch nadgarstkiem. Państwo, które najchętniej wsadziłoby petenta do szuflady razem z aktami, bo wtedy przynajmniej nikt nie zakłóca świętego spokoju ludziom od ważnych rzeczy, takich jak nicnierobienie w sposób sformalizowany.
Mam więc kolejny wyrok. Kolejne potwierdzenie, że MON znów przegrał z własnym obowiązkiem. Kolejny papierek do kolekcji. Jeszcze kilka takich zwycięstw i trzeba będzie mnie stawiać w gablocie obok historycznych sztandarów: „Egzemplarz obywatela, który przeżył kontakt z administracją wojskową i zachował zdolność pisania skarg”.
A resort? Resort pewnie już szykuje następną bezczynność. Bo w tym ministerstwie nic nie dzieje się przypadkiem. Tam nawet milczenie ma etat, regulamin i parafkę.
Gdyby więc naprawdę dawali medale za wygrywanie z MON, nie byłbym już człowiekiem. Byłbym ruchomym pomnikiem państwowej niemocy. Tyle że jest jedna różnica między mną a tym ruskim generałem z blachą na piersi: jego ordery są zwykle za propagandę, moje za to, że ktoś w Polsce wreszcie musiał przyznać, iż minister nie może bez końca siedzieć na własnych rękach i udawać, że to służba publiczna.



Komentarze
Pokaż komentarze