damakameliowa damakameliowa
124
BLOG

Kto policzy(ł) nasze straty?

damakameliowa damakameliowa Społeczeństwo Obserwuj notkę 23

Dziś znów tematy drugowojenne. Notka krótka, ku refleksji. 

Wahałam się, czy to napisać. Zastanawiałam się, czy dziś, kiedy już wszystko zostało policzone, ustalone i wręczone nam z pokaźnym rachunkiem w pakiecie, warto upominać się o istotne bądź co bądź szczegóły. Wówczas przypomniałam sobie wpis pewnego rozgoryczonego człowieka na jednej ze stron, gdzie miłośnicy literatury zamieszczają recenzje przeczytanych książek. Jegomość „delikatnie” zasugerował, że przecież zginął „tylko” co dziesiąty Polak, więc czemu robimy z siebie ofiarę…

Zatem od początku.

Każdy zna tę historię. Opowiedziano ją na wiele sposobów, wieloma językami. Dziesiątki tysięcy wspomnień, pamiętników i relacji, setki artykułów i książek, raporty, zeznania, obrazy, filmy i wiersze - w tym wszystkim zawarły się nasze losy…pisane z różnych perspektyw, czasami uzupełniających się, innym razem wzajemnie się wykluczających. Historycy starannie opisali ludobójstwo, które dokonało się na naszych ziemiach w latach 1939-1945. Socjolodzy i psycholodzy poddali nas ocenie, a czarna legenda „pomocników” rozniosła się po świecie lotem błyskawicy. 

I tu jest moment, w którym powinniśmy się na chwilę zatrzymać. 

Nie ma wątpliwości, że na naszej ziemi rozegrały się dwa ludobójstwa. Jedno - wstrząsające, systematyczne, dobrze udokumentowane w obszernych monografiach Raula Hilberga, Christophera Browninga czy Timothy’ego Snydera. I drugie - rozpisane na akty, realizowane etapami, o różnym nasileniu w zależności od regionu, udokumentowane w pracach naukowych, publicystycznych, w różnych książkach, artykułach czy pamiętnikach.

I tu mamy pewne pęknięcia. Straty poniesione przez Żydów są policzone, powszechnie znane, utrwalone w czołowych instytucjach na świecie i w Polsce. (Nie ma w tym nic złego, bo każdy naród dba o swoją pamięć). Jeśli chodzi o nasze straty, tu już poruszamy się w mglistych niekiedy widełkach. IPN oraz Instytut Pileckiego pomagają nam wprawdzie w tym zadaniu, dysponując bogatym zasobem archiwów, materiałów źródłowych oraz dokumentów, jednak wciąż pozostają pewne luki.

Podano nam informację, że zginęło około 6 milionów obywateli polskich (w tym około 3 miliony Polaków i 3 mln Żydów). Proszę wybaczyć, że stosuję kategorię "etniczną" (wiem, że było niemało Żydów, którzy czuli się Polakami), ale sami zainteresowani wymagają, byśmy rozróżniali ofiary na "Jews" i "Non-Jews" - cóż więc zrobić, idziemy za ciosem. 

Wiemy, że ograbiono nas na skalę przemysłową, że spalono bliżej nieokreśloną liczbę wsi, że zgładzono stolicę, że wielu ludzi straciło życie, zdrowie i bliskich. Wszystko na zasadzie "mniej (lub) więcej"  – w zależności od tego, kto opowiada i kto bada. Przede wszystkim, musimy mieć świadomość, że ustalenie pewnych liczb nie jest możliwe. 

To, że Niemcy zacierali ślady swoich zbrodni, nie jest tajemnicą. Wystarczy wspomnieć o Sonderaktion 1005 (objęła nie tylko Polskę, ale i kraje bałtyckie, tereny ZSRR czy Jugosławię), która polegała na tym, że ofiary wykopywano z ziemi i palono zwłoki (tak zacierano ślady m.in. zbrodni pomorskiej 39') lub o członkach Verbrennungskommando Warschau, którzy byli zmuszani do palenia ciał pomordowanych w rzezi Woli. W tym samym celu niszczono ewidencję obozową przed wkroczeniem Armii Czerwonej i Aliantów. Palono kartoteki więźniów, niszczono listy transportowe, choć nie wszystkie dokumenty i archiwa udało się zniszczyć – na tej podstawie historycy rekonstruowali potem system obozowy. 

 Jeśli chodzi o Sowietów, ich ewidencje były często niepełne, zaś dokumentację celowo utajniano. Rekonstrukcja pełnej listy ofiar jest tu dużo trudniejsza niż w przypadku niemieckim, a widełki różnią się w zależności od tego, czy ktoś bada archiwa NKWD (które bardzo długo były utajnione), demografię, czy relacje świadków. Kiedyś na blogu @pinkpanther widziałam świetny wpis dotyczący masowych deportacji na Sybir i tego, jak różnią się liczby podawane przez badaczy. 

Pozostaje jeszcze trzeci rozdział ludobójstwa. Na Kresach UPA nie prowadziła żadnej ewidencji, poza raportami i sprawozdaniami do dowództwa. Opieramy się na dramatycznych świadectwach ocalałych, na meldunkach i raportach AK, na metodzie demograficznej, a historycy rekonstruują losy konkretnych miejscowości. Dotychczasowe ekshumacje udało się przeprowadzić jedynie punktowo w pojedynczych miejscowościach. 

Być może ja się niepotrzebnie czepiam. Ktoś może powiedzieć, że taka jest historia, że nigdy nie dowiemy się, ile tak naprawdę straciliśmy. Ktoś inny powie, że nie ma do czego wracać. Od czasu do czasu z kąta sali odezwie się głos moralizatora, który ustawi nas do pionu – bo jeśli coś już trzeba liczyć, to donosicieli, szubrawców i degeneratów. Wtedy cały sztab badaczy-kabotynów z „nowej szkoły historycznej” staje na baczność i liczy. I rozlicza. Wtedy dopiero jest "do czego wracać". I tak odbijamy się od września do września, od rocznic do rocznic, ciągnąc za sobą widmo tamtego kataklizmu, wobec którego wyżej wspomniani przodownicy wyznaczyli nam rolę brzydkiego tła.


Otwieram dyskusję, jeśli dopuściłam się uproszczeń, proszę wybaczyć i mnie poprawić. 


Edit: Administracja salonu usuwa niektóre komentarze. Nieładnie, administracjo, nieładnie. A mówią, że mamy wolność słowa.


Pasjonatka historii i literatury

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (23)

Inne tematy w dziale Społeczeństwo