Dziadek Paździerzak Dziadek Paździerzak
303
BLOG

Dziadek Paździerzak nadrabia zaległości w lekturze (Pakt R-B)

Dziadek Paździerzak Dziadek Paździerzak Historia Obserwuj temat Obserwuj notkę 2

 

 

Podobno ludzie starsi mają dużo wolnego czasu, ale Dziadek Paździerzak jest raczej wyjątkiem od tej reguły. Dopiero niedawno znalazłem czas, aby przeczytać książkę Piotra Zychowicza „Pakt Ribbentrop – Beck”.

Autor stawia tezę, że zamiast walczyć w 1939 roku z Hitlerem należało przyjąć jego ofertę wspólnego rozbicia Związku Sowieckiego, a potem w sposobnej chwili odwrócić sojusze i pokonać Niemcy wspólnie z aliantami zachodnimi. W ten sposób Polska nie tylko ocaliłaby niepodległość, ale i wyrosła na regionalne mocarstwo. Zychowicz opisuje alternatywny przebieg II Wojny Światowej, bez paktu Ribbentrop – Mołotow, ale za to z paktem Ribbentrop – Beck, polskimi ułanami w moskiewskim metrze i piechurami wdzierającymi się do bunkra Stalina, klęską hitlerowskich Niemiec i Śmigłym – Rydzem zamiast Wujka Joe przy stoliku w Jałcie. Od razu chciałbym jednak zastrzec, że moim zdaniem „Pakt Ribbentrop – Beck” to coś więcej niż historia alternatywna. I to znacznie więcej.

First things first, jak mawiają wiarołomni Anglicy, z którymi Beck zawarł nieszczęsny sojusz. Wiadomo dzisiaj, że ani Francja, ani Anglia nie zamierzały kiwnąć palcem w bucie w obronie Polski. Kto chciał, wiedział o tym i w sierpniu 1939 roku. Zgadzam się z Autorem, że oferta Anglików miała na celu skierowanie agresji Hitlera na wschód, aby zyskać czas na przygotowanie do wojny (cel doraźny) oraz umożliwić wprowadzenie ZSRS do wojny (cel długofalowy). Przekonuje mnie również wywód, iż - skoro Polsce nie udało się w 1933 roku wypowiedzieć Niemcom wojny prewencyjnej - to jedyną racjonalną opcją pozostawało grać na powtórzenie modelu z I Wojny Światowej, tzn. Niemcy pokonują ZSRS, a potem alianci zachodni pokonują Niemcy. Taki przebieg wypadków nazwijmy „wariantem Piłsudskiego”, bo Marszałek obstawiał taki właśnie przebieg wypadków w czasie I Wojny Światowej. I miał rację.

Zgadzam się z Autorem, że historia tak właśnie mogła się potoczyć (jest to nawet dość prawdopodobne), ale mogła się też potoczyć zupełnie inaczej. Zamiast polskich ułanów na Placu Czerwonym mogę sobie wyobrazić walki piechurów Kutrzeby z czerwonoarmistami Czujkowa w ruinach warszawskiej Pragi. Albo wybuch amerykańskiej bomby atomowej nad Warszawą. Albo skuteczną interwencję zbrojną Hitlera na wieść o rozpoczęciu negocjacji Polaków z aliantami i zainstalowanie w Warszawie marionetkowego rządu faszystowskiego, jak w Budapeszcie. Zawarcie paktu Ribbentrop – Beck mogło nas uratować, ale nie musiało.

Wsypmy trochę piachu w tryby historii (alternatywnej) i zastanówmy się, co mogło przeszkodzić w powtórzeniu wariantu Piłsudskiego w czasie II Wojny Światowej. Oto moje pomysły:

Koalicja Niemiec, Polski i ich sojuszników przygotowuje się do wojny w 1940, ale Stalin uderza dwa dni wcześniej. Wprawdzie Armia Czerwona jest osłabiona po czystkach i wkrótce wojska koalicji antysowieckiej przystępują do kontrofensywy, ale przed zimą nie docierają do Moskwy. Front zastyga gdzieś nad Dnieprem, hitlerowski terror pcha obywateli ZSRS do wspierania Stalina, do wojny przystępują Stany Zjednoczone, po kilku latach czerwona flaga łopocze nad Bramą Brandenburską i jest po kompocie.

Albo: wprawdzie Niemcy i Polacy uderzają pierwsi i zdobywają Moskwę, ale rząd sowiecki ewakuuje się do Kujbyszewa, utrzymuje władzę i wojna kończy się tak, jak się skończyła, tylko może o rok później.

Albo: Lądowanie aliantów we Francji opóźnia się i Armia Czerwona, po przejściu do ofensywy, opanowuje całe Niemcy. Granica Polski na Odrze i Nysie nie jest już dyktatorowi potrzebna.

Albo: Rydz – Śmigły i jego generałowie okazują się dyletantami również na wschodnim teatrze działań wojennych, co prowadzi do klęski wojsk polskich i załamania frontu.

Albo: Wygrywamy na Wschodzie, a alianci zachodni, po skalkulowaniu za i przeciw, dogadują się z Hitlerem i dzielą strefami wpływów, tak jak w „naszej’ rzeczywistości dogadali się ze Stalinem. Zostajemy sam na sam z sojusznikiem, który jest gorszy od najgorszego wroga.

I tak dalej, i tak dalej.

Największą zaletą książki Zychowicza nie jest to, że w atrakcyjny i zajmujący sposób przedstawił alternatywny przebieg II Wojny Światowej, uprawdopodobniony rzeczową argumentacją opartą na faktach i logicznym rozumowaniu (choć już to jest znaczącym osiągnięciem). Jest nią przypomnienie oczywistej, ale zapomnianej w Polsce prawdy, że decyzje polityczne (szczególnie w polityce zagranicznej) podejmować należy na zimno i cynicznie.

Po pierwsze – ustalić priorytety. Co jest ważniejsze: honor, niepodległość, integralność terytorium, biologiczne przetrwanie. W 1939 roku polskie władze źle zidentyfikowały priorytety i w efekcie straciliśmy niepodległość, straciliśmy integralność terytorium, ponieśliśmy ogromne straty ludnościowe i pozostaliśmy z honorem, który w obecnym świecie możemy sobie wsadzić w buty.

Po drugie – wyzbyć się kompleksów i podejmować decyzje zgodne z racją stanu, a nie z sugestiami „sojuszników”.

Po trzecie – opierać decyzje na faktach, a nie na pobożnych życzeniach. W 1939 roku rząd polski miał wystarczająco dużo przesłanek, by zrozumieć, że na pomoc Wielkiej Brytanii i Francji nie ma co liczyć, że ZSRS ma agresywne zamiary, że polska armia jest za słaba, by obronić kraj i że Hitler nie blefuje.

Po czwarte – podejmować decyzje racjonalnie, a nie emocjonalnie. Prowadzić politykę amoralną i cyniczną, ale skuteczną. Nie wyklucza to oczywiście czynności moralnych, pomagania innym i sprzeciwiania się złu, jeśli jest to równocześnie korzystne.

Polscy przywódcy w 1939 roku sprzeniewierzyli się tym zasadom i wystawili nam rachunek, który spłacamy do dziś.

Oczywiście książki Zychowicza nie należy traktować jako cudownej recepty na sukces polityczny (niestety przepisanej 73 lata za późno). Zapewne Autor jest świadomy, że samo podpisanie w sierpniu 1939 roku na Zamku Królewskim w Warszawie paktu Ribbentrop – Beck niczego by jeszcze nie gwarantowało. Byłaby to dopiero – używając terminologii telewizyjnej – „szansa na sukces”. Byłoby to wejście na wąską ścieżkę na skraju przepaści, na której jest jeszcze tysiąc okazji, aby fałszywie postawić nogę i skręcić kark. Niemniej jednak lepiej wejść na taką ścieżkę niż od razu, z własnej woli skoczyć w przepaść. Przyjęcie przez Becka złożonej przez Ribbentropa oferty sojuszu mogło się dla nas skończyć bardzo różnie, może lepiej niż w rzeczywistości, może mniej więcej tak samo, może gorzej, a może bardzo źle („Pasalibyśmy Hitlerowi krowy na Uralu” – przytacza Zychowicz słowa Becka wypowiedziane podczas internowania w Rumunii). Natomiast przyjęcie przez Becka oferty Chamberlaina mogło się dla nas skończyć tylko źle - i tak się też skończyło.

Piotr Zychowicz - Pakt Ribbentrop-Beck czyli jak Polacy mogli u boku III Rzeszy pokonać Związek Sowiecki, wyd. Rebis, 2012.

"Już dawno nie widziałem dziadka, aż wczoraj w wystawowej szybie odbicie czyjeś; radość rzadka, toż to Paździerzak, ani chybi: łysina, wąs i bródka ta. Nie, nie Paździerzak to, to ja." "Dziadek Paździerzak" - słowa Jeremi Przybora, muzyka Jerzy Wasowski

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (2)

Inne tematy w dziale Kultura