Nigdy nie potrafiłem zrozumieć emocjonowania się wynikami sondaży podawanymi w mediach. Uważam, że ich wartość poznawcza jest znikoma, a już na pewno nie oddają one faktycznych preferencji społeczeństwa.
Oczywiście nie odnosi się to każdego badania opinii publicznej. W pierwszym zdaniu zaznaczyłem jednak, że piszę o tych na użytek mediów robionych.
Sondaże takie traktuję jako element politycznej rozrywki, który w pierwszej kolejności pozwala zasygnalizować „problem”, a w dalszej staje się punktem odniesienia do wyciągania zależnych od opcji politycznej wniosków.
Nie chciałbym tutaj rozwodzić się specjalnie nad tym zagadnieniem i ograniczę się tylko do wyniku ostatniego sondażu, który niczym szczególnym nie różni się od pozostałych przez media prezentowanych.
Pomijając bowiem kwestię samej rzetelności badania, której bynajmniej nie podważam, a tylko traktuję jako mniej istotną; co niby wynika z tego, że poinformowano społeczeństwo o spadku poparcia dla Platformy, przy jednoczesnym wzroście dla PiS?
Sympatykom Platformy zapewne nie spędza to snu z powiek i będą podkreślać, że i tak cieszy się ona blisko pięćdziesięciu procentowym zaufaniem i utrata kilku punktów procentowych jest naturalnym kosztem sprawowania władzy i podejmowania trudnych (pomijam zupełnie to, czy faktycznie jakieś już były) decyzji.
Natomiast zwolennicy opozycji odwrotnie - będą się cieszyć, że ludzie niby zaczynają wreszcie dostrzegać, że obiecanego cudu nic nie będzie. Każda ze stron ma swoje racje i o ich słuszności będzie przekonywać. Po co więc ta cała zabawa z której i tak nic konstruktywnego nie wynika?
Odpowiedź wydaje się prosta, gdy pamięta się o tym, że sondaże robi się na zamówienie.
Wydaje mi się, że po prostu z faktycznego wyniku badania opinii publicznej wynika, że nadszedł właśnie czas na sondażowe przedstawienie.



Komentarze
Pokaż komentarze (1)