Nie przepadam zbytnio za programami prowadzonymi przez pana Jana Pospieszalskiego. Nie potrafię do końca sprecyzować co mi w nich nie pasuje, bo chociaż wiele razy się nad tym zastanawiałem, odpowiedź nie jest tak oczywista, jak w przypadku Jacka Żakowskiego czy Janiny Paradowskiej, którzy mlaskają, sapią i szeleszczą do mikrofonu. A tego na pewno o Janie Pospieszalskim nie można powiedzieć. Musi być to cokolwiek innego i przepuszczam, że może brakuje mi u niego ciętego poczucia humoru. Naprawdę nie wiem.
W każdym razie jest coś co sprawia, że na „Warto Rozmawiać" nie czekam z przesadnym utęsknieniem i program ten oglądam bardzo sporadycznie.
Tak samo było i wczoraj, gdy zupełnie przypadkiem trafiłem na samą końcówkę wystarczająca długą, by chyba prawidłowo zrozumieć, że rozmawiano o emigracji zarobkowej i wynikającej z niej negatywnych skutkach dla „osieroconych" rodzin.
Niewątpliwie jest to temat ciekawy i na czasie, mnie jednak przypomniał o czymś zupełnie innym.
Sam mam kilku znajomych, którzy zostawiając żonę i dzieci wyjechali zarabiać pieniądze do Irlandii-Jeszcze-Numer-Jeden i Anglii.
Tak się nawet złożyło, że w ostatnią niedzielę spotkałem kolegę, który zdecydował się wrócić. Niby nic nadzwyczajnego, ale jak bardzo on się zmienił! Gdy wyjeżdżał trzy lata temu nie znał w ogóle angielskiego i mówił, że jedzie tam mieszać cement, bo jest za głupi by robić cokolwiek innego.
Teraz stał przede mną pewny siebie facet twierdzący, że ponieważ szybko nauczył się języka i zna się na swojej pracy już po ponad roku awansował i był może nie prawą ręką szefa, to na pewno solidnym fachowcem, do którego ten miał pełne zaufanie. Zniknęła gdzieś zupełnie dawna nieśmiałość i patrząc na niego nie mogłem w to uwierzyć, bo w niczym nie przypominał znanego mi od najmłodszych lat Adama.
Dotarło do mnie wtedy, że podobnie będzie przedstawiać się sytuacja znacznej części młodych ludzi, którzy tam wyjechali za chlebem. Przywiozą nie tylko pieniądze, ale też coś bardziej nawet cennego niż one, cenniejszego nawet niż doświadczenie. Mianowicie niezmąconą pewność siebie bez której przecież trudno cokolwiek w życiu osiągnąć.
Co z tego wynika. Załóżmy, że wyjechało z Polski ok. 2 milionów ludzi i z tej liczby wróci tylko 10% ludzi pokroju mojego znajomego Adama, którym dzięki wytrwałości, szczęści i jakimś tam cechom charakteru tam się udało. Niech nawet będzie, że wróci tylko 5% osób o takim nastawieniu. To i tak sporo.
Przyjadą do Polski i usłyszą, że projekt ustawy znoszącej podwójne opodatkowanie jest gdzieś głęboko w pękającej od wizjonerskich ustaw szafie, że ten miły pan co kiedyś na konferencji machał sztucznym penisem i pistoletem teraz stojąc na makulaturze mówi, że zlikwiduje 150 absurdów w polskim prawie, że lepiej żeby dorastająca córka wybiła sobie z głowy adwokaturę, bo raczej nigdy nie będzie przeciętnego obywatela stać na stosownej wielkości łapówę, że nie ma reformy podatków, że służba zdrowia, że laptopy w wannie, że mamy kampanie prezydencką, że najlepiej gdyby zamówili kolekcję „Czterech Pancernych i psa", „Alternatyw 4" i zabierając ze sobą na szczęście kamyk z Zielonej Góry spakowali się i wrócili na Wyspy, gdzie umilając sobie czas lekturą Gazety Wyborczej szczęśliwie lepszych czasów w Polsce poczekali.
Co może powiedzieć wtedy taki statystyczny emigrant? Pomijając to, że zdanie zacznie od „fok!", a nie swojskiego „k....a!", może być bardzo niezadowolony. Może zdarzyć się tak, że czar Donka zrobił dobrze emigracji zarobkowej tylko przez chwilę i ta jest odporna na socjotechniczne zabiegi, bo chociaż była daleko, to teraz ogląda Polskę z innej, niezniekształconej przez ekran telewizora perspektywy.
I wtedy może stać się tak, że ci pewni siebie ludzie zaczną wiercić, zadawać pytania. A że jest ich całkiem sporo może się okazać, że ich głos to nie jest jakieś popiskiwanie pielęgniarek, ale konkretne i doniosłe wydzieranie.
Oby tak było i ciekawe, co wtedy się stanie.



Komentarze
Pokaż komentarze (9)