Wzorem bratających się z ludem młodopolskich artystów, premier Donald Tusk poleciał do Stanów Zjednoczonych rejsowym samolotem. Media nie podają tej informacji, ale mam nadzieję, że korzystał z klasy ekonomicznej, bo ta biznesowa nie dość, że jest okupowana przez mających niewiele wspólnego ze zwykłymi ludźmi kapitalistami, to jeszcze kosztuje sporo grosza. A to nie jest przecież obojętne dla budżetu.
W każdym razie pomimo drobnych opóźnień związanych z fałszywym alarmem bombowym, nasz dzielny Wernyhora a rebour wylądował szczęśliwie i można mieć nadzieję, że wizyta w krainie hamburgera i coca-coli będzie owocna.
Wprawdzie trzeba będzie popracować nad odzyskaniem tych kilkuset wyborców, którzy dzięki oszczędnością premiera spędzili na lotnisku dodatkowe kilka godzin i mogą czuć do niego pewną nieuzasadnioną niechęć, to jednak pomimo tego zgrzytu wizyta przebiegnie równie dobrze jak ta w Moskwie, która zakończyła się przecież pełnym sukcesem.
Najistotniejsza niewątpliwie jest sprawa tarczy, i jak podaje Gazeta Wyborcza, "chodzi o więcej niż jedna wyrzutnia i o około 100 rakiet", ewentualnie „chodzi nie więcej niż o kilka wyrzutni i sporo więcej niż sto rakiet".
Przyznaję, że trudno się w tym połapać, ale ufam, że premier ma to rozpisane zgrabnie na karteczce, ewentualnie któryś z asystentów przygotował mu prezentację w Power Poincie, która na pewno zrobiłaby wielkie wrażenie na Bushu podkreślając, że Polacy nie gęsi i swoje komputery mają.
Tak, zdecydowanie mógłby być to gwóźdź programu i gdyby jeszcze Tusk korzystał z noszącego wyraźne ślady siekiery, ociekającego wodą laptopa, mógłby ubarwić swą opowieść o anegdotkę, jak to źle działo się w Polsce, gdy rządziła mniej intelektualnie wysublimowana i technicznie sprawna ekipa.
To wszystko jest jednak mało istotne, bo najważniejsza pozostaje odpowiedź na pytanie, czy prezydent Stanów Zjednoczonych czyta Wyborczą i wie, że kimkolwiek będzie jego następca, to wprawdzie nie tyle zrezygnuje z budowy tarczy, a co najwyżej ją ograniczy, to jednak Pentagon prawie na pewno zaproponuje nowemu prezydentowi rezygnację z jej budowy w Europie.
Jak donosi dalej naczelny organ antykaczystów, zamiast tego rozważone zostaną inne miejsca, na przykład Japonia, Izrael i Wielka Brytania, która jak powszechnie wiadomo czytelnikom tego periodyku, pomimo tunelu łączącego ją z kontynentem nie jest Europą. Podobnie zresztą jak Izrael, którego przedstawiciel(ka) Dana International wprawdzie zwyciężył(a) w Konkursie Piosenki Eurowizji, ale nawet moim zdaniem nie czyni to z tego państwa Europy. Na szczęście bez cienia wątpliwości Japonia leży gdzieś daleko na globusie.
W każdym razie mam nadzieję, że George W. Bush nie jest świadomy tych wszystkich niuansów i subtelności, więc nie będzie zbytnio maglował Donka przynajmniej z geografii.
Tak czy siak zwolennicy budowy u nas tarczy powinni trzymać kciuki za ignorancję amerykańskiego prezydenta, bo po lekturze dzisiejszej Wyborczej wydaje mi się, że jedyną szansą na realizację tego projektu będzie właśnie słaba wiedza o świecie Georgea W. Busha. Może faktycznie nie wie, że Polska leży w Europie?



Komentarze
Pokaż komentarze (8)