Janusz Kaczmarek znów jest bohaterem mediów. Zawdzięczamy to stacji TVN24, którą podobnie jak Wyborczą interesuje prawda. Dążenie to objawia się na wiele sposobów, ale najbardziej reprezentatywnym wydaje się ten związany z dawaniem czasu antenowego osobom „kontrowersyjnym".
Ostatnie słowo napisałem w cudzysłowie, ponieważ dobór tych nieszablonowych postaci wydaje się być nie tyle stronniczy, co po prostu dostosowany do niezmiennej tezy, że za wszystko co złe odpowiada Prawo i Sprawiedliwość. Znamienne przy tym jest to, że owo zło nie jest w jakiś konkretny sposób zdefiniowane, a więc nie opiera się na konkretnych przesłankach lecz raczej dość mglistych zarzutach, które mają tę istotną cechę, że przede wszystkim świetnie wpisują się w schemat palikotowego pytania: „Czy Lech Kaczyński nadużywa alkoholu?".
Nie inaczej było wczoraj, gdy gościem programu Teraz k... My! był właśnie były prokurator krajowy i szef Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji. Powiedział tam znamienne słowa: „Gdyby słuchano mnie na naradach u premiera Jarosława Kaczyńskiego, Barbara Blida nie popełniłaby samobójstwa."
Sądzę, że warto je zapamiętać, bo dobrze pokazują do jakiego poziomu sprowadzona została telewizyjna debata. Wygląda bowiem na to, że można już wygłaszać bez skrępowania wszystko, a nieweryfikowalność głoszonych poglądów nie jest żadną przeszkodą dla ich rozpowszechniania.
Zresztą, może niepotrzebnie się oburzam i jest to po prostu normalna reakcja człowieka, któremu postawiono dość poważne zarzuty i ma prawo bronić się w dowolny sposób? Tak, zdecydowanie Kaczmarek nie powiedział nic niestosownego. W końcu może faktycznie gdyby go posłuchano Barbara Blida nie popełniłaby samobójstwa?
W tym przypadku przerażające jest to, jak musi on się teraz czuć wiedząc, że jego słowa mogły uratować kobiecie życie. Czy wracając pamięcią do tych wydarzeń nie zadręcza się, że zabrakło mu stanowczości? Że być może wystarczyło przerwać radosną debatę mściwych i małostkowych kaczystów i krzyknąć: „Stop! Przestańcie! Przecież to straszne, co chcecie zrobić! Czy nie rozumiecie, że ona może odebrać sobie życie?".
Tego typu myśli muszą krążyć po jego głowie i ja na jego miejscu na 100 procent czułbym się fatalnie. Na pewno też dręczyłyby mnie wyrzuty sumienia i jestem przekonany, że marnym pocieszenie byłoby to, że próbowałem coś zrobić. Cóż bowiem z tego, skoro finał był tak tragiczny?
Sądzę więc, że najwyższy już czas zdobyć się na empatię i wczuć się w położenie byłego szefa Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji.
Zadajmy sobie sami teraz pytanie, czy aby na pewno należy targać jeszcze po sądach kogoś, kto zapewne tak bardzo cierpi?



Komentarze
Pokaż komentarze (2)