Nawiązując do dzisiejszych salonowych „łańcuszków szczęścia" (sam pod jednym się podpisałem) związanych z olimpiadą w Pekinie i wpisywaniem miast, które „som pszeciw uamaniu praf czuofieka" chciałem stwierdzić, że jestem obłudnym cynikiem.
Bo chociaż w pierwszy momencie pomyślałem sobie naiwnie, że takie apele mają jakiś sens, to teraz dochodzę do wniosku, że w tym przypadku stosunek obłudy do nawet tylko dobrych chęci jest dla tych drugich przerażająco wręcz niekorzystny.
Cóż bowiem robię? Siedzę sobie teraz wygodnie przed komputerem, popijam kawę, słucham radia i udaję, że szczerze przejmuje się losem Tybetańczyków, Czeczeńców czy Serbów (niepotrzebne skreślić).
A tak naprawdę, to najważniejsze dla mnie w tej chwili jest to, co zjem na obiad i czy wybrać się później do kina na „Control", czy może jednak zaryzykować z Rambo cztery.
Oczywiście nie jest ze mną aż tak źle, że jestem obojętny na los torturowanych i mordowanych ludzi. To nie tak. Tym niemniej nie mogę się oszukiwać, że dla mnie apele takie są czymś więcej niż próbą zagłuszania sumienia.
Sumienia, które przypomniało o sobie właśnie przed chwilą i kazało mi napisać przynajmniej ten tekst. Miałem nadzieję, że to mu wystarczy i zadowolony z siebie planowałem zakończyć stwierdzeniem, że nie będę kupował produktów firm, które przy okazji olimpiady będą się reklamowały i że... Ale już w momencie poczułem przez skórę, że znowu będę przez nie wyśmiany.
Tak więc kończę lepiej ten temat, bo wreszcie zrozumiałem, że mielone z burakami i Rambo IV to będzie na dzisiaj wybór doskonały.
*Stefan Kisielewski



Komentarze
Pokaż komentarze (4)