Temat traktatu lizbońskiego dyskutowany jest bardzo intensywnie od chyba niecałych dwóch tygodni. Sądzę, że warto podkreślić właśnie ten fakt, bo dowodzi on jasno tego, że liczono na ratyfikację tego traktatu bez szerszej debaty publicznej i dopiero niespodziewany sprzeciw Prawa i Sprawiedliwości spowodował, że inne zagadnienia zeszły na dalszy plan.
Nie oznacza to oczywiście, że partia Jarosława Kaczyńskiego jest na sto procent przeciw podpisaniu tego dokumentu, bo tego z całą pewnością stwierdzić nie możemy, ale można jednak z dużym prawdopodobieństwem założyć, że przynajmniej nie do końca jest przekonana o dobroczynnych dla Polski skutkach podpisania tego dokumentu. Możliwe, że w ten sposób PiS tylko zabezpiecza się przed ewentualnym gniewem elektoratu chcąc w razie ewidentnie negatywnych skutków tej decyzji w przyszłości móc stwierdzić: „My byliśmy przeciw", ale może faktycznie nie jest to jedyny motyw działania Jarosława Kaczyńskiego, który uważa, że dopiero poprawki prezydenta zabezpieczają dobrze Polskie interesy. Znów tego nie wiemy.
Jakiekolwiek jednak by nie były prawdziwe powody sceptycyzmu Prawa i Sprawiedliwości dowodzą one moim zdaniem pośrednio tego, że podpisanie Traktatu w jego czystej formie wiąże się z ryzykiem na tyle realnym, że nie można go ignorować. Jest to dość oczywiste, bo gdy na moment oderwiemy się od polskiego piekiełka i zadamy sobie pytanie, czy z całą stanowczością możemy stwierdzić, że Niemieckie aspiracje do dominowania w Europie są tylko mrzonką eurofobów i państwo to w żadnym razie nie pretenduje do rangi głównego rozgrywającego w europejskiej polityce, to chyba nawet zadeklarowani eurofile ręki by sobie uciąć za to nie dali. Oczywiście takie postrzeganie naszego zachodniego sąsiada może być przesadą, ale ja uważałem na lekcjach historii i pewne jednak wątpliwości w mojej głowie się kołatają, nic na to nie poradzę.
Stąd, jakiekolwiek by były faktyczne motywy tych działań, rozumiem asekuracyjne posunięcia PiS i zostawiam sobie na później ich ocenę, bo niedługo czarno na białym będzie je widać.
Tym niemniej, z opisanych wyżej powodów, nie mogę już teraz przejść do porządku dziennego nad hura optymizmem zwolenników bezwarunkowej ratyfikacji traktatu lizbońskiego.
Szczególnie (tutaj wyjdzie cała moja małostkowość), że tak zgodnie nawołują do tego ludzie o kompetencjach których nie mam podstaw mieć dobrego zdania i mówiąc szczerze wątpię, że potrafią lub wręcz chcą spojrzeć odrobinę dalej w przyszłość w sprawach dotyczących czegoś więcej niż ich partykularny interes. Interes, który może być tożsamy z interesem Polski, ale niekoniecznie przecież musi. Nie wiem tego na pewno, ale znów nie ufam tym [...]
Dlatego też podsumowując ten przydługi wywód, muszę stwierdzić, że wolę nawet tylko udawany sceptycyzm PiS niż może nawet autentyczny optymizm PO. A to z tego chociażby powodu, że ten pierwszy bliższy jest jednak trochę definicji pojęcia realizm.
Pamiętając jednak słowa Fiodora Dostojewskiego, że: „Realizm ograniczony końcem własnego nosa jest niebezpieczniejszy od najbardziej szalonej fantazji, ponieważ jest ślepy." przyznać muszę uczciwie, że naprawdę marne znalazłem sobie pocieszenie. Ale z drugiej strony, co nam niby zostało?



Komentarze
Pokaż komentarze (3)