Ponieważ nie palę papierosów już piąty dzień, a ponoć dopiero po tygodniu bywa lepiej i wtedy wzrasta prawdopodobieństwo spokojnego podyskutowania bez narażania się na bycie skopanym przez frustrata, temat nikotyny chciałem poruszyć w swoich notatkach trochę później.
Tak się jednak złożyło, że od rana fale eteru zatruwają mnie nie gorzej od dymu tytoniowego mądrościami antynikotynowych ekspertów, nie zdzierżyłem i wziąłem się już teraz za napisanie co myślę o tych niezmiernie ciekawych, przewijających się przez media z częstotliwością nie mniejszą niż kaczystowskie zbrodnie czy sukcesy konserwatywno-liberalnych koalicjantów z POPSL pomysłach.
W końcu jako prawie, że już były palacz mogę chyba mieć swoje zdanie o Ziobrach i Macierewiczach naszych krtani i płuc, czyli ucieleśnieniu wszelkiego zła - papierosach.
Najistotniejsze dla mnie w temacie antynikotynowych krucjat jest to, że nawet osoby deklarujące się jako gospodarczo liberalne w stopniu świadomym, a więc osoby nie będące młodym i dynamicznym elektoratem PO, na dźwięk hasła: „Szlugi powinny kosztować dwa złote pięćdziesiąt. Sztuka." zamieniają się w klakierów odkładających swoje wolnościowe poglądy na półkę. A wszystko z tego tylko prozaicznego powodu, że podpalony tytoń zawinięty w bibułkę śmierdzi.
Koronnym argumentem jest przy tym to, że inhalowanie się wciągniętą do płuc mieszaniną różnorakich alkaloidów szkodzi też innym, a nikt normalny nie zaprzeczy, że jest to prawdą, bo nawet najbardziej hardkorowi nikotyniści nie potrafią zatrzymać całości dymu w płucach.
Nie sposób się z tym nie zgodzić i sam uważam, że szczytem chamstwa jest palenie w towarzystwie osób niepalących lub w miejscach, gdzie osoby takie mogą przebywać. Nie zmienia to jednak w niczym tego, że papierosy są jak najbardziej legalnie dostępnym narkotykiem i jeżeli to nie ulegnie zmianie, każda osoba w stosownym wieku ma prawo je sobie kupić i palić.
Argument, że sobie przez to szkodzą jest prawdziwy, ale wypływający z niego wniosek, że w związku z tym powinny kosztować jak najwięcej już nie.
Można bowiem zgodzić się z tym, że istnieje duża szansa na ograniczenie liczby palaczy poprzez podniesienie akcyzy na wyroby tytoniowe i uszczelnienie granic tak, by ograniczyć kontrabandę, ale nie można przy tym nie zauważać, że jest to działanie ograniczające wolność jednostki.
Naprawdę nie jest przy tym istotne w jakim stopniu papierosy szkodzą i czy faktycznie śmierdzą gorzej niż spaliny Opla Kadetta diesel z 1987 roku, bo to przecież tylko pretekst do przykręcenia śruby.
Z tej prostej przyczyny, że jakiekolwiek by nie były intencje antytytoniowych aktywistów, uprawomocniony skutek ich działań będzie taki, że w imię teoretycznego polepszenia dobra ogółu, ograniczy się prawa jednostki.
Dotyczy to zarówno właścicieli knajp, którzy zmuszani są do wprowadzania zakazów, chociaż ich świętym prawem powinno być decydowanie o tym, czy w ich prywatnych lokalach wolno truć się nikotyną, jak i szarych obywateli, którzy przy pełnej aprobacie społecznej traktowani są jako dojne krowy, które można karać za uleganie w pełni legalnemu nałogowi. Skutek jest za każdym razem identyczny.
Proszę się bowiem zastanowić, czy zgoda na zaostrzenie restrykcji wobec palaczy i podniesienie akcyzy na tytoń nie spowoduje przede wszystkim tego, że w następnej kolejności konsekwentnie będziemy musieli się zgodzić na inne podwyżki i wszelkiego rodzaju inne formy robienia dobrze maluczkim przez ponoć mądrzejszych.
I to tylko z tego powodu, że w ten sposób przyzwalamy na to, by obowiązywała zasada, że wystarczy cel zdefiniować jako szlachetny, by uświęcić od zawsze takie same i typowe dla wszelkich zamordystów środki.
*Homo Twist „Populares Über Alles"



Komentarze
Pokaż komentarze (10)