Drogi pamiętniczku!
Muszę się usprawiedliwić, bo męczą mnie wyrzuty sumienia. To nieprawda, że wycieczka do Peru była podróżą mojego życia. Najmilej bowiem wspominam młodzieńczy wypad w polskie góry, gdzie wprawdzie nie ma makczupikczu, ale przynajmniej nie trzeba się tak męczyć wjeżdżając wygodnym wagonikiem na szczyt Gubałówki.
W ogóle te całe Andy są mocno przereklamowane i na pewno nie będę polecał ich milionom Polaków, którzy będą chcieli przemierzyć wytyczone przeze mnie ścieżki. Ludność tamtejsza nie tylko mnie nie rozpoznawała, to jeszcze chciała robić sobie zdjęcia z tym gringo w śmiesznej czapce. Pomyślałem sobie wtedy, że rację miał ten Malinowski pisząc o życiu seksualnym dzikich. Na szczęście nie powiedziałem tego głośno, bo jak się okazało (zamorduje kiedyś Grzesia), tamtejszy Malinowski to miał na imię Ernest a nie Bronek i nie był od ciupciania, ale od ciuchci. A propos Bronka, to zdziwi się bardzo, gdy mu powiem, że sporo andyjskich wieśniaków nosi podobne wąsy.
Tak czy inaczej wizytę uważam za bardzo owocną i jestem głęboko przekonany, że Waldek uraduje się, gdy opowiem mu alpakach i lamach, które wyeksportowane do kraju mogą urozmaicić nasze rolnictwo. To takie sympatyczne zwierzęta, dają wełnę i mięso, podstawowe produkty spożywcze.
Niestety nie wszystko się udało tak idealnie, jak to zaplanowałem w samolocie. Na przykład mój pomysł festiwalu piosenki polsko-peruwiańskiej nie spotkał się z takim zainteresowaniem, jak myślałem. A szkoda, bo był to główny cel mojej wizyty i oczami wyobraźni widziałem już ubranego w ponczo Janusza z okaryną w dłoni zapowiadającego kolejne występy egzotycznych gości.
Dobrze, że w zanadrzu miałem jeszcze pomysł darmowych batatów dla indiańskiej młodzieży szkolnej i nowatorską ideę mini-boiska krytego wigwamem w każdej wiosce, bo dzięki temu goście szczytu spojrzeli na mnie z radosnym rozbawieniem w którym było dużo serdeczności. Zawistnicy w kraju mogą więc sobie drwić i wyliczać co można było kupić za benzynę do tu sto pięćdziesiąt ileś tam. Najważniejsze, że dałem lokalnym Szoszonom odrobinę nadziei i miłości.
Teraz już czas wracać do obowiązków i żałuję tylko bardzo, że nie zobaczyłem tego całego świetlistego szlaku, bo na pewno byłoby cudownie spacerować z żoną nocą w jego blasku.



Komentarze
Pokaż komentarze (4)