Kiedy premier Donald Tusk błysnął głębokim, adresowanym do milionów Polaków retorycznym pytaniem o treści: „Czy jeśli ktoś kto waży 120 kilo, jest po wypiciu wódki, wymierza klapsa dwuletniemu dziecku, to jest w porządku, czy to jest do zaakceptowania, bo ktoś to definiuje jako klaps, czy to jest przemoc." nie wiedzieć dlaczego pomyślałem, że pije do Ryszarda Kalisza i zawstydziłem się zaraz bardzo, bo to przecież polityk bardzo sympatyczny.
W ogóle przysłuchując się całej tej debacie czułem coraz większe zakłopotanie nie tylko z powodu skojarzenia z korpulentnym Ryszardem, ale też faktu, że dotąd nie przyszło mi do głowy patrzeć na znajomych rodziców małych dzieci jak na potencjalnych psychopatów, którzy z dużym prawdopodobieństwem już w niedługim czasie zaczną katować swoje pociechy. Powiem więcej: ja tych ludzi nadal lubię, odwiedzam i nie mogę się wprost nadziwić, że taki okrutny los czeka ich beztrosko biegające po całym domu berbecie.
A przecież od dawna wiem, że w tych z pozoru normalnych domach klapsy są czasem wymierzane i co więcej, nie jest to dla nikogo tajemnicą. Jednak dopiero teraz zrozumiałem, że jestem świadkiem preludium do tragedii, która w najlepszym wypadku zakończy się otoczeniem miejsca zamieszkania znajomych żółtą taśmą tefałenu i dramatyczne pytanie zadane wstrząśniętym sąsiadom przez reportera w błękitnej kurtce: „Dlaczego nikt z was nie reagował zanim jeszcze wymierzająca klapsa dłoń chwyciła za kij bejsbolowy?" zawiśnie jak kwestia ceny jabłek podczas słynnej debaty w przysłowiowym powietrzu. Co ja wtedy powiem, czy zagłuszę głos sumienia wpłacając całą pensję na świąteczną orkiestrę? Nie sądzę...
Tak więc bardzo się cieszę, że dzięki mediom otworzyły mi się oczy i mam jeszcze szanse zapobiec nieszczęściu przynajmniej w kilku znajomych domach. Dobrze, że mam wzorce zaobserwowane podczas innych akcji serwowanych mi przez środki masowego przekazu zaangażowane społecznie. W końcu to dzięki energii przez nie wskrzeszonej w sercach milionów reklamożerców, Tybetańczycy nie są już torturowani przez Chińczyków, więc nawet symboliczna wstążeczka w klapie dresu może tak wiele może przynieść pożytku.
Dlatego proponuję, by każdy adekwatnie nieobojętny obywatel sporządził sobie tiszert lub sweterek z logo skreślonej gruszki i napisem „Stop klapsom".
Jestem bowiem głęboko przekonany, że to nie będzie bez sensu.



Komentarze
Pokaż komentarze (4)