W grze „Lemmingi" tak jak w życiu, bywa czasem tak, że chcąc wygrać trzeba wybrać: poświęcić jednego ludzika, czy jednak całą partię od nowa powtarzać. Drugie rozwiązanie jest czasochłonne i w realnym świecie raczej rzadko występuje, tak więc wybór kozła ofiarnego wydaje się po prostu prostszy i oczywisty w obydwu przypadkach.
Dla Lemminga taka decyzja gracza zaczyna się od odliczania krótkiego czasu w którym może sobie jeszcze swobodnie biegać nieświadomy nędznego końca, którego uwieńczeniem są drgawki i głośny wybuch. Trudno powiedzieć, że martwy lemming staje się bohaterem, ale niewątpliwie często przyczynia się do tego, że reszta jego niedawnych towarzyszy może dalej biec.
Przypomniałem sobie o tym wczoraj, gdy w oglądałem w nocy na TVN24 wywiad z panią Julią Piterą. Oczywiście nie jest tak, że uważam ją czy też cały jej obóz polityczny za kogoś w stylu lemmingów. To określenie zarezerwowane jest dla ich elektoratu w identyczny sposób, jak moherowe berety dla słuchających Radia Maryja babć. Tym niemniej patrząc, jak wije się przed kamerą pomyślałem, że sztab pijarowców Donalda Tuska musiał chyba zdecydować, że czas już najwyższy dać gawiedzi kozła ofiarnego i wybór padł na Julię Piterę, która do tego zdecydowanie lepiej od na przykład Palikota się nadaje, bo jest najzwyczajniej w świecie niesympatyczna.
Sądzę, że tak jak w grze zaczęło się dla niej odliczanie i kwestią najbliższych dni jest spektakularny „wybuch", którego efektem będzie konferencja premiera, gdzie zasmuconym, aczkolwiek stanowczym głosem oznajmi urbi et orbi, że pani Pitera nie sprawdziła się i musi odejść.
W ten sposób nie tylko zamknie na jakiś czas usta opozycji i udobrucha swych sympatyków, którzy przecież po takich programach jak wczorajszy też muszą widzieć, że Julia Pitera jest mało przekonująca i wiarygodna, ale również pozbędzie się osoby, której lojalność w stosunku do niego wydaje się być jeżeli nawet nie wątpliwa, to przynajmniej uzależniona od koniunktury.
Jeżeli się nie mylę oczywiście, ale takie wywiady jak ten wczorajszy, gdy prowadzący jest dociekliwy, zbliżenia kamery pokazują dokładnie mimikę przesłuchiwanego, a na koniec reporterzy w studiu drwią sobie z wypowiedzi gościa, są jednak pewnym ewenementem jeżeli chodzi o podejście mediów do polityków z obozu PO i to każe mi przypuszczać, że mam rację.
Nie wiem tylko, czy należy się z tego cieszyć, bo taki przebieg zdarzeń będzie tylko dowodem na to, że bierzemy udział w cynicznej grze, gdzie poza natężeniem oklasków w czasie spektaklu, niewiele dla rządzących się liczy. Innymi słowy, że jest po prostu źle. Tak więc może paradoksalnie trzeba powiedzieć: „Julio, nie daj się."?



Komentarze
Pokaż komentarze (1)