Dzięki lekturze sobotniego „Dziennika" dowiedziałem się, że po dekonspiracji Lesław Maleszka zatrudniony był nadal w Gazecie Wyborczej tylko ze względów humanitarnych i socjalnych. Oznacza to chyba mniej więcej tyle, że przestał dostawać pieniądze za bezpośrednie kształtowanie poglądów inteligencji ograniczając się dla odmiany do zarabiania na życie bezpośrednim kształtowaniem artykułów pod względem edytorskim.
Nie wiem, jak sam zainteresowany odebrał tę zmianę zaszeregowania, ale biorąc pod uwagę czas który spędził na nowym stanowisku raczej przesadnie nie narzekał. Teraz, gdy na własną prośbę zrezygnował z pracy w organie Michnika, prawdopodobnie żyć będzie ze skromnych oszczędności i prędzej czy później okazać się może, że głód zaczyna zaglądać mu w oczy.
Jednym słowem, ludziom nieobojętnym na krzywdę bliźniego powinno być żal byłego współpracownika. Szczególnie, że ponoć Polacy postawili na tę jasną stronę, uwierzyli, że w naszej ukochanej Polsce można coś budować bez konfliktów, bez agresji, w atmosferze takiego wzajemnego zrozumienia i miłości.
Czy więc zrozumienie i miłość nie wymagają przygarnięcia Lesława Maleszki? W końcu przykład Michała Boniego dobitnie pokazuje, że premier nie jest człowiekiem małostkowym i pamiętliwym, potrafi dostrzec w drugim człowieku przede wszystkim fachowca. Wprawdzie opozycja ma pewne zastrzeżenia do kompetencji byłego ministra pracy, ale nie oszukujmy się - reprezentują ją głównie ludzie mali i zawistni.
Dlatego też, świadomy tego, że nie można zadowolić wszystkich, ale przynajmniej można próbować, chciałem zaproponować posunięcie w swej prostocie genialne i co najważniejsze zgodne z polityką miłości:
Niech Gazeta zatrudni Michała Boniego, a Tusk na jego miejsce przyjmie Lesława Maleszkę.



Komentarze
Pokaż komentarze (12)