Dzisiaj rano dowiedziałem się trzech ważnych rzeczy. Od Ewy Milewicz za pośrednictwem TVN24 tego, że Maleszka był „pewnym krzyżem", który Gazeta Wyborcza musiała nosić; a z samej Gazety, że Donalda Tuska może zastąpić Grzegorz Schetyna i że anonimowy ekspert do spraw Europy z Waszyngtonu uważa, że negocjacje z Warszawą stają się jednym wielkim bałaganem i szkodzą wizerunkowi Polski w Ameryce.
Pierwsza informacja wydała mi się mało przekonująca, bo wprawdzie zarost Ketmana faktycznie uchodzić może za chrystusowy w formie, to sam Maleszka wydaj się być wagowo raczej dość lekki; to jednak dwa pozostałe doniesienia poruszyły mnie bardziej uświadamiając, że tak zwana „ławka" Platformy musi być bardzo krótka i słusznie mówiła minister Fotyga o symptomatyczności wizyty premiera Tuska nie najpierw w Waszyngtonie, a w Moskwie.
Pisząc już zupełnie poważnie, stwierdzenia o „pewnym krzyżu" nie chce mi się nawet komentować, bo słowo niesmak jest wprawdzie do przyjęcia, tym niemniej nie może zastąpić mniej wyszukanych określeń, które na takie dictum cisną mi się na usta a jednak nie lubię być wulgarny; natomiast wieściom o Schetynie i bałaganie w negocjacjach w sprawie tarczy mogę poświęcić już trochę miejsca. Szczególnie, że łączy je jeden charakterystyczny detal - opierają się na nieweryfikowalnych informacjach.
Weźmy bowiem doniesienie o prawdopodobnym zastępcy Donalda Tuska. Autorzy piszą na początku: „Premier Donald Tusk podaje się do dymisji. Zastępuje go Grzegorz Schetyna, który poprowadzi PO do wcześniejszych wyborów parlamentarnych. Taki jest plan liderów Platformy, jeśli Tusk za dwa lata zawalczy o prezydenturę." Z dalszej części artykułu wcale nie wynika, że taki jest plan i poza stwierdzeniami, że Schetyna jest „naturalnym kandydatem" nie znajdziemy tam raczej potwierdzenia tej spekulacji. Można więc zapytać po co to całe zamieszanie, skoro za kilka dni równie „naturalnym kandydatem" (piękny i uniwersalny zlepek słów swoją drogą) może okazać się Komorowski?
Ponieważ jednak jestem tylko wannabe prawicowym, a z racji tej aspiracji autentycznym, oszołomem uważam, że odpowiedź jest stosunkowo prosta i przynosi ją sam artykuł: „Według sondażu CBOS nie słyszało o nim [Schetynie] 40 proc. Polaków. Ale jak twierdzi jeden z naszych informatorów, Schetyna przy pomocy specjalisty od PR stara się ten wizerunek zmienić." więc dziennikarze GW po prostu przyczyniają się do zwiększenia rozpoznawalności totumfackiego (Często rozmawiają w cztery oczy i nikt nie śmie im wtedy przeszkadzać.) Donalda, bo zwyczajnie dobrze byłoby, gdyby (na ten moment naturalny) kandydat na prezydenta czytelników Wyborczej miał spokój w momencie, gdy przyjdzie poświęcić się prezydenckiej walce. Zaufany Schetyna nadaje się więc do tego znakomicie, więc i pijar odpowiedni należy mu się.
Kolejny artykuł, choć z zupełnie innej beczki, opiera się na podobnym schemacie. Znów tylko spekulacje, które są niewątpliwie faktem, ale ich przedmiot już niekoniecznie. Czego bowiem dowiadujemy się z sensacyjnego artykułu: „Tajna misja Fotygi w USA"?
Że według dwóch źródeł minister Fatyga poleciała tam, by w intencji Lecha Kaczyńskiego ratować negocjacje (brzmi prawdopodobnie) oraz tego, że rząd Donalda Tuska jest do tarczy nastawiony sceptycznie (nie ulega wątpliwości). Wtrącone stwierdzenie jakiegoś eksperta z Waszyngtonu o szkodliwości wizyty Fatygi jest wprawdzie interesujące, ale służy moim zdaniem tylko jednemu - ma pokazać, że prezydent wtrąca się niepotrzebnie, bo rząd wprawdzie zdaje się robić wszystko, by tarczy nie było w Polsce, ale właśnie takie podejście jest słuszne.
Jeżeli więc moje oszołomskie dywagacje są prawdziwe i rzeczywiście ten rząd (albo ten prezydent - każdy zgodnie z własnymi preferencjami może wybrać, kto powinien zostać wymieniony pierwszy) mają tak rozbieżną wizję tego, co w kontekście ponoć kluczowego sojuszu Polski z USA jest właściwe, nie pozostaje nic innego jak zapytać: Która strona realizuje interesy polskie i która z nich może liczyć na poparcie Gazety Wyborczej?



Komentarze
Pokaż komentarze (3)