Nie potrafię wzbić się na wyżyny uszanowania, które udziałem może być chyba tylko zmarłych. Nie wiem nawet czy chciałbym. Nie wydaje mi się, że powinienem. Jestem z miasta, które za mnie już zapaliło wirtualną świeczkę po Bronisławie Geremku. Wielkim autorytecie, patriocie, oczywiście intelektualiście. Mężu stanu. Brakuje raczej słów a nie ludzi, którzy gremialnie głoszą chwałę profesora. Jest teraz równie ważny jak ofiary wypadku autokarowego w Serbii czy torturowani Tybetańczycy, którzy tylko chwilowo mniej ważni są.
Ja o nim nie wiem nic ponad to, że krytykowanie go było w złym tonie, bo był bardzo mądry i wypowiadał się w sposób nie pozostawiający wątpliwości, że tak właśnie jest. Kto uważał inaczej, nie dorósł jeszcze, albo szkoda było na niego słów.
Sam nie miałem chyba swojego zdania, chociaż znając siebie musiałem być na nie. Nie chcę jednak czytać wylewającej się z „prawej" strony Internetu krytyki pod jego adresem, mniej lub bardziej wysublimowanych epitetów kwitujących patriotyzm „Drogiego Bronisława" - wywodów tych, którzy chętnie kupiliby koszulkę z napisem „Nie płakałem po Geremku". Mam to gdzieś.
Nagła śmierć Bronisława Geremka przypomniała mi jedno - jesteśmy w połowie społeczeństwem zgiętych w pół bezrefleksyjnych pochlebców łaszących się do wszystkich, których w powszechnym mniemaniu należy szanować i opluwających nie dość nisko pochylonych, a w drugiej części składamy się z „buntowników" zachwyconych, że można być anty dla samej tylko przyjemności niepodporządkowywania się znienawidzonym autorytetom, których zresztą podział taki jest wielką zasługą.
I myślę sobie, że jeżeli jest ktoś faktycznie rządzący tym krajem, to takim stanem rzeczy musi być zachwycony. Ciekawe, czy sam profesor był.



Komentarze
Pokaż komentarze (15)