Dwa tygodnie to kawał czasu. Przekonałem się, że może przemijać wolno i spokojnie, wystarczy tylko udać się do kraju na tyle egzotycznego, by dostęp do Internetu kosztował sześć dolarów za piętnaście minut, gazety w języku innym niż arabski były dostępne tylko w odległym sklepiku z torebkami od Gucciego, paskami Dolce&Gabbana, szafranem i sziszami, a oglądanie telewizji było zarezerwowane dla uczulonych na promienie słoneczne lub cierpiących na zemstę faraona.
W takich warunkach wszelka myśl o problemach naszej młodej demokracji, którą z odgórnego nakazu Młodzi Demokraci starają się pieczołowicie codziennie na forach mądrze opisywać, wydaje się odleglejsza niż Machu Picchu, tak abstrakcyjna i odrealniona.
Oderwanie takie sprzyja wyciszeniu i pozwala zapomnieć nieomal o wszystkim poza Gruzją, która za sprawą BBC od czasu do czasu do mojej zmęczonej słońcem i słonym morzem głowy się przebijała. Szczególnie, że błyszczący złotem nie tylko na karkach i dłoniach, ale też czasem zębach obywatele Federacji Rosyjskiej stanowili większość gości hotelowych. Nie odczuwało się wrogości między nami, ale też trudno było mówić o integracyjnym wódki spożywaniu. Przynajmniej ja odniosłem takie wrażenie. Gdy rozmawiałem z naszymi rodakami, Słowakami, Czechami czy Węgrami i padało nieśmiertelne o politykę pytanie, byliśmy zazwyczaj zgodni - puentą debat było wyrażane w różnych językach starosłowiańskie, serdeczne pozdrowienie treści: „ch... wam w d... Rosjanie".
Budujące, gdy weźmie się pod uwagę, że ponoć mało kogo obchodzi cokolwiek poza własnym podwórkiem, a polityczna poprawność niby już całkiem zdominowała myślenie młodych i wykształconych konsumentów w postępowej Europie zjednoczonych.
Ten wakacyjny solidaryzm nastroił mnie optymistycznie i pełen wiary w ludzi, opalony i obładowany czerwonymi Marlboro za niecałe dwa dolary, wróciłem wreszcie na Ojczyzny łono. Tam przemoknięty do suchej nitki pstryknąłem na TVN24 trafiając od razu na wyrażoną tonem zblazowanej urzędniczki przemowę Julii Pitery, że Platforma zawsze była za tarczą antyrakietową i sukces to wielki i w ogóle. Szybko włączyłem Internet i przekonałem się, że niezłomna poławiaczka aferzystów i dorszy przemyciła między okrągłymi zdaniami treść naprawdę ważną i dla mnie niespodziewaną - dogadaliśmy się z Amerykanami.
Początkowo chciałem sprawdzić co i jak, kto kiedy i dlaczego, jednym słowem zapragnąłem zanurkować w otchłanie googlowego archiwum i wyrobić sobie jakieś zbliżone do prawdy w tej materii zdanie, gdy zreflektowałem się, że nie jest mi to do niczego potrzebne. Wpakowałbym się tylko w nierozstrzygalny w tym momencie spór o ojca tego sukcesu i znów byłoby po staremu. Niech Młodzi Demokraci głowią się sami, jak bez uszczerbku dla tuskowego wizerunku sprzedać swojemu targetowi tarczę antyrakietową, a ja zostanę sobie z boku ciesząc się, że te wszystkie zagmatwane grupy wpływów, które w ostatnich dniach musiały ostro z dala od oczu obywateli pociągać za sznurki niemedialnej polityki doprowadziły do tego, że zachód znowu stał się nam bliższy i pomimo powarkiwania mniej groźni Rosjanie.
To naprawdę przełomowy moment naszej historii i jakiekolwiek by były konsekwencje tej decyzji jedno jest moim zdaniem pewne - jesteśmy po właściwej stronie. Jeszcze tylko Gruzja w NATO i jeśli tylko świat się nie zawali jest nadzieja, że zjednoczeni z pamiętającymi niedawne zniewolenie państwami strach przed Rosją zamienimy w chłodne i niepozbawione należytego szacunku, ale jednak tylko politowanie. Zwycięstwo naszych siatkarzy sprzed kilkudziesięciu minut pozwala wierzyć, że to odpowiednie swej roli w Europie postrzeganie.



Komentarze
Pokaż komentarze (2)