Od wielu lat zagadnienie bezpośrednich przyczyn śmierci przez ukrzyżowanie stanowi przedmiot dociekań naukowców. Owe zainteresowanie spowodowane jest oczywiście dążeniem do poznania szczegółów męki i śmierci Jezusa. Istnieje kilka teorii. Jedną z nich jest twierdzenie, że zgon ofiary następuje poprzez uduszenie.
I właśnie w tym kontekście, mojemu twierdzeniu, że Jezus nie umarł w momencie, który powszechnie uważa się za moment Jego śmierci, lecz skonał w wyniku uderzenia przez setnika włócznią w bok i serce, zarzucono błąd faktyczny i logiczny (uczynił to w niewybredny sposób @adamkonrad)
Otóż ciało ukrzyżowanego Jezusa będącego w stanie omdlenia, jako bezwładne opadłoby, uniemożliwiając oddychanie i doprowadziłoby w krótkim czasie do uduszenia. Jezus nie mógłby więc będąc w stanie omdlenia, pozostawać żywy do momentu uderzenia włócznią.
Pogląd taki jest efektem rozpowszechniania twierdzenia, że ukrzyżowany Jezus cały czas musiał „walczyć” o oddech, wspinając się na stopach i podciągając na rękach. Wysiłek ten wskutek odniesionych wcześniej podczas tortur ran nie mógł trwać zbyt długo i nastąpił wreszcie zgon!
Zarzut, muszę przyznać poważny. Nie zamierzałem jednak rezygnować!
Przeprowadzone badania Całunu Turyńskiego pozwalają stwierdzić, że mogło to być płótno, w którym złożono ciało ukrzyżowanego Jezusa. A odbite na nim ślady pozwalają z wieloma szczegółami odtworzyć sposób, w jaki dręczono skazańca.
W tekście z „Gościa Niedzielnego”:
https://www.gosc.pl/doc/8159423.Co-calun-turynski-mowi-nam-o-mece-Pana-Jezusa#goog_rewarded
opracowanego na podstawie artykułu ks. Tomasza Jaklewicza „Świadek paschy Chrystusa” czytamy opinię wydaną na podstawie odczytanych śladów odciśniętych na Całunie:
„Stopy przybijano do przedniej części belki, nogi musiały być zgięte w kolanach, a stopy zgięte na bok”.
„Nogi musiały być zgięte w kolanach.” Wszystko jasne! Ukrzyżowany Jezus nie miał już sił podciągać się na rękach i wspierać się na nogach w „walce” o oddech i opadł dusząc się!
Wobec takiego dictum, nawet odnaleziona w Internecie informacja o odkryciu dokonanym przez Fredericka T. Zugibe, jednego z najbardziej znanych amerykańskich lekarzy medycyny sądowej (na podstawie przeprowadzonego eksperymentu stwierdził on, że przy ukrzyżowaniu w takiej pozycji jak Jezus, niemożliwe jest podciąganie się na rękach, w ogóle ukrzyżowany tego nie potrzebuje - nie dusi się! oraz niemożliwe jest wspinanie się na nogach), nie wystarcza! Po prostu obserwacje lekarza nie dotyczyły stanu omdlenia ukrzyżowanego, kiedy jego ciało obsuwa się bezwładnie.
Sięgnąłem w tej sytuacji do kolejnego źródła.
W relacji ze swych objawień, bł. Anna Katarzyna Emmerich opisuje dokładnie poszczególne czynności oprawców przy krzyżowaniu Jezusa. Oto fragmenty istotne dla naszych rozważań:
„Po przybiciu prawej ręki zabrali się kaci do ręki przywiązanej już do ramienia krzyża. Wtem ujrzeli, że prawie o dwa cale nie dosięgała ona do dziury, wywierconej na gwóźdź. Odwiązali więc rękę od drzewa, przywiązali sznury do samej ręki i opierając się nogami o krzyż, ciągnęli z całej siły dopóki ręka nie naciągnęła się do pożądanego miejsca. Wtedy dopiero, stąpając Jezusowi po piersiach i ramionach, przywiązali znowu silnie rękę do belki i wbili drugi gwóźdź w dłoń (?) lewej ręki.(…) Obie ręce, naciągnięte tak strasznie, wyszły ze stawów, łopatki wpadły w głąb ciała, na łokciach wystawały zaokrąglenia przerwanych kości. Obie ręce wyprężyły się teraz prosto…”
I dalej:
„ Przez gwałtowne naciągnięcie rąk w obie strony skurczyło się całe ciało Najświętszego Odkupiciela, nogi podźwignęły się w górę. Chwycili je kaci, nałożyli na nie pętlice i pociągnęli ku dołowi, ale że znaki (…) porobione były za daleko, więc jeszcze spory kawałek nie dostawały nogi do klocka przybitego u dołu. (…) Podwiązali Jezusowi piersi i ramiona, by ręce nie przedarły się na gwoździach, po czym przywiązali powróz do prawej nogi i nie zważając na to, że sprawiają Jezusowi straszną męczarnię, całą mocą dociągnęli ją na dół do klocka i przykrępowali mocna sznurami. Ciało naciągnęło się tak straszliwie, że słychać było chrzęst kości w klatce piersiowej; zdawało się, że żebra pękają i rozsuwają się (…)
W ten sam sposób oprawcy naciągnęli i lewą nogę. (…)
Przybicie nóg było dla Jezusa największą męką, właśnie z powodu strasznego naprężenia ciała.”
I dalej, zaraz po ukrzyżowaniu:
„Pierś wydęta była gwałtownie i naprężona, pachy nasiąknięte strasznie, zapadłe, łokcie i piszczele u rąk jak powyrywane ze stawów. Pod wzdętą piersią widać było głęboką jamę; to brzuch tak zapadł się i naciągnął, niknąc prawie. Podobnie jak ręce, nogi i uda naciągnięte były tak straszliwie, że kości prawie się rozchodziły. Mięśnie i poraniona skóra tak boleśnie były napięte, że można było wszystkie kości policzyć.” (Pasja wg objawień bł. Anny Katarzyny Emmerich, s. 285 i dalsze oraz s. 295)
Widzimy więc, że ciało Jezusa było tak rozpięte na krzyżu, tak naciągnięte, że jego opadnięcie po utracie przytomności nie było możliwe (z drugiej strony owa rzekoma „walka” o oddech, tak umęczonego Jezusa nie mogłaby trwać tak długo; Jezus nie byłby w stanie nie udusić się na krzyżu przez tyle godzin ile podają Ewangelie).
Nie mniej jednak interpretatorzy zachowanych na Całunie Turyńskim śladów Męki Jezusa twierdzą, że Syn Boży został ukrzyżowany ze zgiętymi w kolanach nogami, co sugeruje właśnie, że ciało miało „luz”, że istniała możliwość prowadzenia tej koniecznej „walki” o oddech poprzez wspinanie się na nogach oraz, że opadnięcie ciała po skrajnym wyczerpaniu sił w tej „walce” i w konsekwencji śmierć przez uduszenie były oczywiste. A w takim razie moje twierdzenie o omdleniu Jezusa (nie o jego zgonie) jest błędne!
Istnieje jednak pewna wskazówka, która całkowicie odmienia sytuację (podpowiedziano mi ją)
Oto, jak udowadniają naukowcy człowiek, który został przykryty całunem wykazywał już oznaki pośmiertnego stężenia. A wiedza jaką dysponujemy brzmi:
Po około 1-3 godzinach po śmierci, stężeniem pośmiertnym zostają objęte mięśnie mimiczne twarzy oraz drobne mięśnie palców i rąk. W pozostałych partiach mięśni stężenie rozwija się w ciągu 6-12 godzin i do tego czasu po przełamaniu (siłowym zgięciu kończyny w której wytworzyło się już stężenie pośmiertne) ponownie się rozwija aczkolwiek nie jest już tak wyraźne. Charakterystyczne ułożenie zwłok (lekkie zgięcie w stawach łokciowych i kolanowych oraz zaciśnięcie palców rąk) jest wyrazem przewagi mięśni zginaczy nad prostownikami.
Jednak w bardzo rzadkich przypadkach po gwałtownej śmierci i skrajnym wyczerpaniu sztywność pośmiertna może nastąpić szybciej, a nawet być natychmiastowa. (http://www.kryminalistyka.fr.pl/forensic_czas.php)
W oparciu o znajomość procesu krzepnięcia krwi, który odbywa się w kilku etapach, eksperci medycyny sądowej stwierdzili, że ciało zostało zawinięte w Całun mniej niż dwie i pół godziny po śmierci i pozostawało w nim od 36 do 40 godzin.
http://januszgnat.nazwa.pl/czytelnia/04/05/09.html
Swego czasu nieżyjący już prof. Robert Bucklin z Chicago — lekarz hematolog, światowej sławy specjalista medycyny sądowej — jako pierwszy zwrócił uwagę, także lekarzom, że wystarczy przez chwilę spojrzeć na wizerunek martwego Człowieka na Całunie, żeby mieć całkowitą pewność medyczną, że są to zwłoki mężczyzny w stanie stężenia pośmiertnego (rigor mortis). Stężenie pośmiertne trwa około 36 godzin, jak twierdzą uczeni różnych dyscyplin od co najmniej kilkudziesięciu lat, i mija po 40 godzinach. Na Całunie mamy świadectwo zesztywnienia całego ciała. Całun jest więc bezspornym dowodem śmierci człowieka, który się w nim znajdował w okresie stężenia pośmiertnego.
https://nauka.wiara.pl/doc/469536.O-plotnach-pogrzebowych-Chrystusa
Jaki nasuwa się w świetle powyższego wniosek?
Otóż widoczne na Całunie ślady potwierdzające zgięcie w kolanach nóg ciała Jezusa, nie świadczą o ukrzyżowaniu Go w takiej pozycji, a jedynie są odbiciem efektu stężenia pośmiertnego! („Charakterystyczne ułożenie zwłok - lekkie zgięcie w stawach łokciowych i kolanowych oraz zaciśnięcie palców rąk - jest wyrazem przewagi mięśni zginaczy nad prostownikami.”)
A w takim razie nie było tego „luzu” w nogach, a skoro Jezus tyle czasu żył na krzyżu, nie był ów „luz” do oddychania konieczny.
I konstatacja ta potwierdza naukowo przytoczone fragmenty opisu Męki Jezusa z objawienia bł. Katarzyny Emmerich.
Podobnie rzecz się ma z twierdzeniem, że wiszące na krzyżu ciało Jezusa opadło o około 20 – 25 centymetrów (co właśnie miałoby być dowodem przyczyny jego zgonu przez uduszenie). Taki wniosek wywiedziono na podstawie śladów utrwalonych na Całunie, które oddawały zniekształcenia w szkielecie i ciele Jezusa.
To oczywiście błędny wniosek! Owe zniekształcenia powstały podczas okrutnego, siłowego krzyżowania Jezusa, o czym świadczy przytoczony opis z objawienia bł. Katarzyny Emmerich, nie zaś z obciążenia ciała powodowanego grawitacją.
A w takim razie cała teoria o duszeniu się i o „walce” o oddech ukrzyżowanego Jezusa, o błędach faktycznych i logicznych w moim rozumowaniu o omdleniu Syna Bożego legła w gruzach.
I jeszcze jedno bardzo istotne stwierdzenie.
Otóż całkiem inaczej rzecz się miała z łamaniem goleni. W tym przypadku ciało skazańca rzeczywiście znacznie się obsuwało i szybko następował zgon przez uduszenie.
Ale w takim razie mamy kolejny powód, dlaczego w swym Planie Bóg Ojciec do połamania goleni Jezusowi nie dopuścił i dlaczego było to tak ważne, że aż w tajemniczym proroctwie przed wiekami zapowiedziane…


Komentarze
Pokaż komentarze (13)