Bardzo polecam.
Gościem najnowszej Melliny jest dziennikarz Michał Wójcik. Autor wielu książek historycznych. W rozmowie z Marcinem Mellerem opowiada m.in. o swojej publikacji “Miasto Szpiegów”, gdzie odkrywa prawdziwą historię Warszawy podczas Drugiej Wojny Światowej. Wójcik ujawnia prawdę, o której nie mówi się na lekcjach historii.
M.in. o tym, że podczas słynnej Akcji pod Arsenałem, wśród uwolnionych był tajny agent Gestapo. Czy więc możliwe, że Niemcy widzieli o planowanej akcji Szarych Szeregów.

Prawda o Polskim Państwie Podziemnym też różni się od tej, która znamy z podręczników. Tu bycie szlachetnym, często kończyło się kiedy zapadała noc. Jak naprawdę wyglądała wojna szpiegów w okupowanej Warszawie? O tym w najnowszej Mellinie.

Sławomir Mrozek pisze w „Baltazarze”: Typowym środowiskiem Polaków za granica jest to, które do przesady kocha Polskę i w tym duchu stara się wychować swoje dzieci. Ale tylko na zewnątrz. Wewnątrz każdy ma swoje myśli, których nie ujawnia czy tez nie potrafi ich przed nikim ujawnić. Nawet przed sobą samym. Jest to naiwność, ponieważ ludzie obcy maja inne rzeczy na głowie i dziwiliby się, gdyby się dowiedzieli, ze Polacy Az tak kochają swój kraj. Polska mania jest przekonanie o tym, ze inni, i to na całym świecie, interesują się nami.
Wydaje sie, że decyduje, system wartości moralnych, według których wychowujemy i uczymy nasze dzieci. Podręczniki, literatura, sztuka, gry, zabawy, postawa rodziców, przysłowia, anegdoty, wierzenia religijne, przesądy, bajki, legendy, dowcipy. Tę listę można ciągnąć długo. To jest nasze dziedzictwo kulturowe, to ono decyduje o duchowym klimacie naszej kultury, to jest właśnie to "mleko" wypijane od matki.
Takich postaw kulturowych w realnym życiu jest bardzo mało. Niestety, większość to ludzie biedni, sfrustrowani tym, że nie osiągnęli żadnego sukcesu zawodowego. Są poza marginesem ludzi stanowiącym o rozwoju kraju.
Polacy niewątpliwie są narodem żałosnym. Martyrologia, którą tak podstawiamy wszystkim pod nos, powinna być zakazana, choćby z taktyczno-politycznego, propagandowego punktu widzenia. Poza obłudnymi, zdawkowymi wyrazami ubolewania nie budzi na świecie nic, przeciwnie, szkodzi nam. (…) W tonacji narodowej naszej jesteśmy czystymi masochistami, nawet w tym, jak się narzeka w kręgu rodzinnym”.
Nie chce się na nic skarżyć, - tym bardziej na maszynę - ale nie widzę nic złego w tych publikacjach...
Komentarze:
Mariusz Gzyl
Czytam, że jest jakiś oburz na film w TVP, że Polacy denuncjowali Żydów podczas niemieckiej okupacji. To przecież oczywisty fakt - Polacy to xbrzydliwa katolicka nacja, która za pieniądze i możliwość przejęcia majątku sprzedawała Żydów Gestapo. Tak ich wychował m.in. niejaki Maksymilian Kolbe, klecha, wydający skrajnie antysemickie po smo "Rycerz Niepokalanej". Czego prawacy nie rozumiecie? Polacy pisali masowo donosy do Niemców nawet na samych siebie żeby tylko xpierdolić sąsiada, bo mu czymś podpadł, a co dopiero na Żydów, którzy stanowili mniejszość trzykrotnie większą niż dziś uchodźcy z Ukrainy, na.ktorych są nagonki.
Wojciech Wybranowski
Słyszeliście o człowieku, który sam jeden wydał w ręce Gestapo kilkuset żołnierzy polskiego Podziemia i doprowadził do śmierci co najmniej 160 z nich? Nie? To w dzisiejszą rocznicę powstania Podziemnego Państwa Polskiego przeczytajcie tę poznańską historię…
To był wczesny listopad 1939 r. W Poznaniu już szalał niemiecki terror, polowania i deportacje polskiej inteligencji, a w Forcie VII na poznańskich Ogrodach – zwanym przez Niemców „Obozem Krwawej Zemsty” – do gazu w prowizorycznych komorach wysyłano pierwsze partie dzieci i dorosłych ze szpitala w Owińskach. W tym właśnie czasie, w piwnicy niewielkiej piwiarni na Starym Mieście w Poznaniu, grupa młodych działaczy endecji założyła pierwszą na ziemiach okupowanej Polski zbrojną organizację konspiracyjną – Narodową Organizację Bojową (pierwsza nazwa: Obrońcy Polski).
Jej komendantem został Antoni Wolniewicz, a jego zastępcami Stefan Chojnacki i Antoni Popiela. Za akcje propagandowe miał odpowiadać – na nieszczęście młodych patriotów – inteligentny, świetnie wykształcony, wygadany Zenon Ciemniejewski, prezes przedwojennej Młodzieży Wszechpolskiej w Poznaniu.
NOB, która zapowiadała walkę o wyzwolenie Polski i „samoobronę społeczeństwa przed nazizmem, komunizmem i socjalizmem”, szybko zyskała olbrzymią popularność wśród wielkopolskiej młodzieży. Łącznie – do momentu zlikwidowania jej przez Niemców – w jej strukturach w całej Wielkopolsce działało około 30 tys. ludzi.
Młodzi konspiratorzy wydawali podziemne pisma, organizowali szkolenia wojskowe, tropili volksdeutschów zdobywali broń i przygotowywali się na wybuch powstania, które miało rozpocząć się wraz z ofensywą państw zachodnich na Niemcy.
Krach nastąpił jednej nocy – 6 grudnia 1940 r. W ciągu kilku godzin Niemcy rozbili Komendę Poznańską NOB, aresztując niemal całą kadrę dowódczą i setki konspiratorów. W ciągu kilku kolejnych miesięcy aresztowania Gestapo objęły całe województwo poznańskie i Kujawy.
Dowódca NOB, Antoni Wolniewicz, został aresztowany w Warszawie (w kawiarni „Marlena”) i po brutalnym śledztwie 18 grudnia 1941 r. skazany na śmierć. Także Stefan Chojnacki wicekomendant NOB został aresztowany w grudniu 1940 r.
i – po procesie odbytym 17–18 grudnia 1941 r. – stracony w marcu 1942 r. w Plötzensee.
Aresztowanych konspiratorów brutalnie przesłuchiwano w więzieniach w Forcie VII i na Młyńskiej – wielu z nich poddano tak bestialskim torturom, że zmarli w trakcie śledztwa. Innych skazywano na śmierć i wykonywano ją w Forcie VII, na Młyńskiej lub w lasach palędzko-zakrzewskich Ogromna liczba pozostałych wielkopolskich działaczy NOB zginęła w obozach koncentracyjnych, m.in. Mauthausen-Gusen czy Konzentrationslager Posen.
A sprawcą tej zbrodni był jeden człowiek, który już w 1940 r. poczuł się Niemcem. Zenon Ciemniejewski. Wiosną 1940 r. zgłosił się do Gestapo i zaoferował współpracę. Według źródeł historycznych został formalnie zarejestrowany jako agent Gestapo o kryptonimie „Alex” i „Zenon Bosiacki”.
Otrzymał zadanie rozpracowania całej poznańskiej sieci NOB i przekazania Niemcom nazwisk przywódców. To on zdradził m.in. miejsce pobytu komendanta NOB Antoniego Wolniewicza, dostarczył także listy kontaktowe, nazwiska dowódców okręgów oraz adresy drukarni i magazynów broni.
Szacuje się dzisiaj, że doprowadził bezpośrednio i osobiście do aresztowania i śmierci co najmniej 160 działaczy NOB i aresztowania innych. W sumie, w wyniku jego współpracy z Gestapo, w więzieniach zginęło ponad tysiąc członków NOB.
Rola Ciemniejewskiego nie skończyła się wraz z rozbiciem przez Niemców NOB. W 1942 r. pomógł Niemcom aresztować przywódców poznańskiej AK: Tadeusza Janowskiego i Jerzego Kurpisza. Za zasługi – z inicjatywy Gestapo – został wpisany na listę volksdeutschów.
Co się z nim stało? W 1943 r. został oficjalnie aresztowany przez Gestapo za kradzież zbiorów filatelistycznych bogatego Niemca i zakatowany w śledztwie w siedzibie Gestapo w Poznaniu (Dom Żołnierza). Czy nie chodziło jednak o „zakamuflowanie” bezcennego dla Niemców agenta?
Sęk w tym, że według źródeł historycznych widziano go po wojnie w Poznaniu. Bezpieka prowadziła śledztwo – i, jak pisał Piotr Bojarski, nie ujęła go.
Anne Goldschmid
Polska niewinność na glinianych nogach
Nie planowałam zabierać głosu w sprawie wpisu Yad Vashem. Widziałam, że wiele znaczących osób już to skomentowało, a ja, jako osoba prywatna, nie mam narzędzi, by stwierdzić, czy był to błąd celowy, czy zwykła luka, nieuwaga, niefortunne zdanie napisane w pośpiechu. Nie wiem i nie zamierzam na siłę udawać, że wiem. Ale kiedy patrzyłam na burzę, która po tym wpisie przetoczyła się przez Polskę, poczułam, że trzeba jednak dołożyć kropkę. Nie do wpisu Yad Vashem, lecz do tego, co on odsłonił. Bo jedno niefortunne zdanie, pozbawione kluczowej adnotacji o niemieckiej okupacji, uruchomiło w Polsce reakcję, która w swojej gwałtowności powiedziała więcej o samych Polakach niż o instytucji w Jerozolimie. W jednej chwili zadziałał mechanizm dobrze znany wszystkim, którzy choć raz obserwowali polską debatę o historii: najpierw oburzenie, potem obraza, a na końcu - fala komentarzy, w której prawda historyczna zostaje zmielona na miałki pył, byle tylko kolejny raz potwierdzić mit, że Polak jest zawsze niewinny, a jeśli ktoś twierdzi inaczej, to musi być wrogiem.
Tyle że ten mit nie wytrzymuje zderzenia z faktami. I nie trzeba wielkich archiwów, żeby to zobaczyć. Wystarczy przypomnieć rzeczy, o których w Polsce mówi się niechętnie: getto ławkowe istniało przed wojną. Pogromy zdarzały się przed niemiecką okupacją. Przemoc wobec Żydów była realna i udokumentowana, zanim ktokolwiek włożył na ramię opaskę narzuconą przez hitlerowców. To nie Niemcy wymyślili polski antysemityzm. Niemcy go tylko zmonopolizowali. I właśnie dlatego reakcja na błąd Yad Vashem była tak gwałtowna. Nie dlatego, że Polacy są wrażliwi na prawdę, lecz dlatego, że każdy nawet najmniejszy rys na pomniku narodowej niewinności działa jak sygnał alarmowy. Bo jeśli pozwolimy sobie przyznać, że historia była bardziej skomplikowana niż bajka o rycerzach i ofiarach, to nagle trzeba będzie zacząć myśleć. A myślenie zawsze jest groźne dla mitologii.
Ten mechanizm - oburz się, obraź, zepchnij winę na innych - nie działa tylko w sprawach historycznych. On działa tu i teraz. Widać go w komentarzach, w memach, w języku ulicy, w tonie mediów, w polskich reakcjach na każdy temat, w którym pojawia się słowo "Żyd" lub "Izrael". W Polsce antysemityzm nie potrzebuje maski. W Polsce jest nagi. Bez kosmetyki. Bez filtrów. Bez kulturowego wstydu, który we Francji choć częściowo powstrzymuje ludzi przed popadnięciem w otwartą nienawiść. Bo tak, Francja ma problem. I Le Point ma rację, mówiąc o "czymś odrażającym" unoszącym się nad francuskim życiem intelektualnym: odwoływanie wykładów, ostracyzm wobec żydowskich intelektualistów, kampusowa histeria, strach studentów przed zabieraniem głosu. Ale choć we Francji jest źle, to jest tu przynajmniej mechanizm społeczny, który nazywa rzeczy po imieniu. Są głosy sprzeciwu. Są autorytety, które powiedzą: "stop".
W Polsce, nie. W Polsce to, co we Francji wybrzmiewa jako skandal, tam przechodzi jako codzienność. Tak, Polska ma więcej Sprawiedliwych niż jakikolwiek inny kraj, bo na jej terytorium było najwięcej Żydów. I tak, wielu Polaków ratowało. Ale wielu Polaków biło, wydawało, okradało i zabijało. Tylko że tej drugiej części nie wolno wypowiedzieć na głos, bo natychmiast uruchamia się narodowy radar, który wykrywa "atak na polskość". To właśnie dlatego błąd Yad Vashem stał się detonatorem. Nie dlatego, że dotyczył gwiazdy Dawida. Ale dlatego, że dotykał polskiej potrzeby widzenia siebie jako narodu, który nie musi niczego przepracować. Narodu wiecznych ofiar, wiecznych bohaterów, wiecznych moralnych zwycięzców, bądź uciśnionych. A przecież historia, ta prawdziwa historia, jest bardziej skomplikowana, bardziej brudna i bardziej ludzka. I właśnie dlatego tak wielu w Polsce jej nie znosi.
A przecież nie tylko Polska zmaga się z tym cieniem. We Francji, jak pokazuje Le Point, antysemityzm wraca w nowej formie, tej salonowej, akademickiej, wysublimowanej. W Polsce wraca w formie starej, plemiennej, wrzaskliwej, nieokrzesanej. Ale mechanizm jest identyczny: Żyd przestaje być człowiekiem, a staje się kategorią. A kategoria zawsze musi odpowiadać zbiorowo - za błędy cudze, za czyny obcych, za mity, które ktoś chce widzieć.
Ten felieton nie jest ani o Yad Vashem, ani o jego błędzie. Ten błąd był tylko zapałką. Jest o tym, że Polska nie tylko nie odrobiła lekcji z historii, Polska nadal twierdzi, że nie ma żadnej lekcji do odrobienia. I o tym, że wystarczy jedno niefortunne zdanie w jednym wpisie, żeby wyszło na jaw to, co w polskiej debacie zawsze było pod powierzchnią: mieszanina dumy, kompleksów, ignorancji i agresji, która czeka tylko na pretekst, by wybuchnąć. Nie wiem, czy wpis Yad Vashem był błędem, czy chwilą nieuwagi. Ale wiem jedno: reakcja, jaką wywołał w Polsce, mówi o Polakach więcej niż tysiąc podręczników historii.
I to właśnie w tej reakcji odbija się prawdziwy problem, nie to, co napisało Yad Vashem, lecz to, czego Polacy boją się najbardziej: prawdy o sobie.
Źródła w komentarzu
Photo: Protest studentów krakowskich, 1929 r. Źródło: NAC
Bezimienni.
W sierpniu 1942 roku, tuż po wysiedleniu radomskiego getta, polska kobieta przymierza wydobytą w zwałach rzeczy sukienkę. Pasuje, kobieta wydaje się być zadowolona. Może znała przypadkiem właścicielkę garderoby, lub drogi ich zbiegły się kiedyś, jak w wierszu Szymborskiej?, przecież dorastały razem w tej samej okolicy, były Polkami - różnych wyznań religijnych; były sąsiadkami.
Niemcy zabierali najcenniejsze przedmioty i kosztowności po wywiezionych Żydach, część mniej dochodowych łupów zostawiali Polakom, którzy szybko rzucali się na pożydowskie resztki.
Niemieccy żołnierze pilnowali porządku i robili zdjęcia.
Było to pewnie cześcią planu rozwadniania odpowiedzialności za mordowanie Żydów. Polacy łatwo i ochoczo odgrywali w tym rolę.
Nie wiemy kim jest polska kobieta na zdjęciu, nigdy nie poznamy imienia żydowskiej właścicielki sukienki.
Łukasz Krzyżanowski:
„Na początku drogi, którą przebyłem, przygotowując książkę[ Dom, którego nie było], leży okrutna zbrodnia. W 2008 roku zostałem zatrudniony przez Instytut Socjologii Uniwersytetu Jagiellońskiego do uporządkowania materiałów pozostałych po zmarłym profesorze Andrzeju Paluchu. Podczas tej pracy natrafiłem na lakoniczną wzmiankę o dwóch Żydówkach - matce i córce. Kobiety przetrwały Zagładę na podkarpackiej wsi. Tuż po wojnie wróciły do swojej rodzinnej miejscowości. Tam nieznani z imienia i nazwiska Polacy wyprowadzili je „za górkę”, zgwałcili i zamordowali. Gdy czytałem tę historię, nie interesowali mnie sprawcy ani motywy tej odrażającej zbrodni. Moją uwagę całkowicie pochłonęły tragedia i niewyobrażalne cierpienie dwóch kobiet oraz fakt, że nigdy nie dowiemy się, kim były i jak wyglądało ich życie. Dziś nie mają nawet imion.”
Bartek Wolski
Try to be Meraki, - means “to do something with soul, creativity, or love”
Nowości od blogera
Inne tematy w dziale Społeczeństwo