Wczoraj zamieściłem notkę:
Od Gomułki do Kaczyńskiego: nowa twarz starej dyktatury
https://www.salon24.pl/u/eternity/1514268,od-gomulki-do-kaczynskiego-nowa-twarz-starej-dyktatury
Było trochę poważnej dyskusji – ale szybko okazało się, że prawdziwa treść tej historii siedzi niżej, w komentarzach. Tam właśnie widać, jak rozpada się świat części wiernych wyznawców prezesa.

Przez lata oglądaliśmy ten sam spektakl: mały człowiek na szczycie, wielkie słowa o Ojczyźnie i jeszcze większy głód władzy. Od Gomułki po Kaczyńskiego zmieniały się dekoracje, zmieniały się hasła, ale mechanizm był podobny: stary przywódca i jego aparat wmawiają „zwykłym ludziom”, że tylko on ich obroni przed całym światem.
Najbardziej poruszający w dzisiejszym rozpadzie PiS nie jest jednak sam Kaczyński. Najbardziej wstrząsający jest los tej części Polski B, dla której prezes był kimś pomiędzy ojcem, proboszczem a bogiem. To nie jest „uboższy elektorat”, to jest polityczna sekta: ludzie latami karmieni prostą opowieścią o wiecznej krzywdzie, o spisku „elit” i o jednym zbawcy, który w zamian za ślepe posłuszeństwo załatwi im godność, pieniądze i sens życia.
Dziś ci ludzie nagle widzą, jak ich „jedyna propolska formacja” żre się o stołki, fundusze i wpływy. Jak Morawiecki – wyniesiony na szczyt przez Kaczyńskiego – buduje własne księstwo. Jak „wierni żołnierze” w sekundę stają się zdrajcami. Jak wczorajszy bohater z TV Republika w dzisiejszym pasku staje się „uzurpatorem” i „tchórzem”.
Co robią? Czy próbują zrozumieć? Czy zastanawiają się, jak to możliwe, że ich „zbawcy narodu” kłócą się jak najgorsza spółdzielnia mieszkaniowa o piwnice i miejsca parkingowe?
Wystarczy spojrzeć w komentarze pod tekstami o rozłamie. Zamiast refleksji – polowanie na kolejne kozły ofiarne. Zamiast uczciwego pytania: „czy się pomyliłem?”, mamy kopanie wszystkich wokół. Kto nie powtórzy linii dnia – ten „zdrajca”, „agent Tuska”, „lewak”, „PO-PIS”, „rabbi z Vancouver”, „kundel Angeli”. Im bardziej załamuje się ich świat, tym brutalniej okładają innych, żeby nie przyznać, że przez lata dali się prowadzić za nos jak dzieci.
Świat tym ludziom wali się pod nogami, więc z desperacją kopią w innych, by tylko nie spojrzeć w lustro. Bo co zobaczą? Nie tylko cynizm Kaczyńskiego i Morawieckiego. Zobaczą własną wiarę w bajkę o „nieomylnym prezesie”. Własną zgodę na chamstwo, na jazdę po „lemingach”, na wyśmiewanie każdego, kto nie klękał przed partią.
Ta bieda nie jest tylko materialna, choć i ta jest realna w wielu miasteczkach i wsiach Polski B. To bieda symboliczna i duchowa: uzależnienie od jednego politycznego ojczulka, od telewizyjnego przekazu dnia, od prostych odpowiedzi na skomplikowany świat. Zamiast obywatela – wierny. Zamiast wyboru – kult. To nie są ofiary, które „nic nie mogły zrobić” – to dorośli ludzie, którzy z pełną premedytacją zamienili rozum na partyjny katechizm, byle ktoś im wreszcie powiedział, że są „prawdziwymi Polakami”.
Dziś ten kult się rozpada. Kaczyński, jak Gomułka na końcu, patrzy z mieszaniną żalu, gniewu i poczucia krzywdy. Jemu też świat „niewdzięcznych” się sypie. Ale mnie bardziej interesują ci na dole – ci, którzy latami bili brawo każdej nagonce, każdej teorii spiskowej, każdemu „nasz wróg jest wszędzie”.
Jeśli teraz nie zaczną zadawać sobie pytań, jeśli znowu uciekną w nową „jedyną prawdziwą prawicę”, w kolejnego „zbawcę” – historia powtórzy się bardzo szybko.
Od Gomułki do Kaczyńskiego droga była długa. Od Kaczyńskiego do następnej małej dyktatury może być znacznie krótsza. Bo bezmyślna wiara, że „oni wiedzą lepiej”, bez względu na fakty – nadal ma się w Polsce znakomicie.



Komentarze
Pokaż komentarze (36)